Wstydzę się pokazać światu moje pulchne fałdy na brzuchu. Ukrywam pod obszerną bluzką jak niechcianą ciążę. I małe, krwawiące paznokcie.
Nie daj Boże, ktoś zwróci mi uwagę, aby wyjęła je buzi. Pastwię się sama nad sobą potajemnie. Łajam się, nie lubię i krzywo patrzę w lustro na tę pękatą buzię, że taka jest a nie inna.
Wstydzę się krzyku dochodzącego z naszego podwórka, kiedy wszyscy naokoło słyszą, u nikogo nikt tak się nie drze jak u nas.
Wstydzę się chleba z pasztetową, bo śmierdzi, gdy wyciągam kromki z tornistra.
Wstydzę się za ciasnej kurtki, która nie dopina się na brzuchu. Udaję, że mi ciepło, choć na mrozie drżę z zimna.
Wstydzę się pojechać z rodzicami do miasta na zakupy. Tylko my taki cyrk umiemy odstawić.
Wstydzę się być zrugana, gdy spodnie te tanie nie pasują, a te drugie, w które bym wlazła, nie na naszą kieszeń.
Wstydzę się jeździć dużym fiatem ojca, którego drzwi trzeba wiązać na sznurek, żeby w trakcie jazdy nie odpadły. Trzymać je musimy z nadzieją, że droga nie okaże się nie za długa i ręce nam z tego trzymania nie będą mdlały.
Wstydzę się, kiedy idę do kolejnej szkoły i patrzę jak strasznie przy innych wyglądam. Wstydzę się ciągle pożyczać i prosić, to cyrkiel, to ekierka, a to lepsza miękka gumka.
Wstydzę się, kiedy na dzień nauczyciela stoję jak zwykle bez bukietu. Drę głupią laurkę, jeszcze gorsza od braku kwiatka.
Wstydzę się, kiedy pani znowu pyta, czy jadę też na wycieczkę i czy za mnie może założyć pieniądze. Oddaję później na raty, cichutko po lekcjach, zatajając, ile mnie naprawdę kosztuje stanąć przed nią i położyć te pieniądze na biurku.
Wstydzę się i nic jej nie mówię, ile warte było już samo zdanie: „Muszę w końcu pani oddać, bo prosiła. Dasz mi?” Ile krzyków i kurew, płaczu i moich przeprosin, że wkurzyłam tym pytaniem tatusia.
Wstydzę się, kiedy na letniej kolonii pani pyta, czy ja z wioski jestem, bo palnęłam taką wsiową głupotę. Spalona żarem czerwonego rumieńca, dogaszam ten pożar długie trzy tygodnie. Ważę każde słowo, każdy krok dokładnie przemyślam i tęsknię nagle do domu, tam, gdzie moja wiejskość nie rzuca się w oczy.
Wstydzę się wsiąść do autobusu i wysiąść w wielkim mieście. Tyle tam spojrzeń nieznajomych, wszystkie właśnie zwrócone w moim kierunku. Wszyscy wiedzą, kim naprawdę jestem, demaskują moją nicość, moja nicniewartość kłuje wszystkich w oczy.
Wstydzę się, kiedy Artur jest bity. Nie mam odwagi przyznać się, że wina po mojej leży stronie. Jednak strach przed dobrze znanym mi bólem zwycięża, choć serce pęka na dwoje. Wstydzę się, że nie umiem obronić młodszych braci, choć to mój zasrany obowiązek. Razy ojca czy złośliwe śmiechy innych w naszą stronę… Tylko odwracam nieporadnie głowę, ale w myślach ciągnę ich za małe rączki, ukrywam bezpiecznie przed złym światem, a sama walczę jak lwica, chronię własnym ciałem, krzyczę za nas wszystkich, jak bardzo nienawidzę ojca.
Wstydzę się rano, po kolejnej sprośnej nocy rodziców, spojrzeć mamie prosto w oczy. Ukrywam i złość i zażenowanie. Jak można tak się sprzedać nocą, zdradzić nas, przejść na jego stronę? Zawrzeć pakt do tego cielesny z tym naszym wiecznym złoczyńcą? Kogo kocha bardziej, nas, czy właśnie jego? Nigdy nie jestem w stanie znaleźć jasnej odpowiedzi.
Wstydzę się ciągle, za siebie i za wszystkich po kolei. Jakbym żyła nie dla mnie, a dla każdego z osobna. Próbuję łatać śmiechu warte dziury. Robić dobrze, tam gdzie dobra nie ma, łagodzić krzywdę, wymyślać prawdę, gdzie tylko kłamstwo, a moja prawda wygląda dużo lepiej.
Żeby tylko nikt nie rozpoznał, jak to wszystko boli, rani bardziej niż cienki kabel od grzałki.

Dodaj komentarz