Od dawna przyjaźnię się z Moniką. Jest młodsza ode mnie aż o trzy lata. Rozumiemy się jednak świetnie i spędzamy razem każdą wolną chwilę. Latem łazimy po polnych drogach, zbierając kwiaty, a kiedy pogoda zrobi się brzydka, przesiadujemy na przystanku autobusowym w środku wioski. Gdy trzeba wracać do domu, odprowadzamy się aż pod same drzwi. Czasami nawet kilkakrotnie: ja ją, ona mnie, a potem stoimy jeszcze chwilkę pod jarzębiną i gadamy i gadamy i znowu: ona mnie, a potem ja ją. Robi się ciemno i mama krzyczy z okna, żebym się pospieszyła i wracała do domu, bo kolację trzeba przygotować. Żegnam się z przyjaciółką niechętnie. Rano spotkamy się, czekając na szkolny autobus, ale to już nie to samo. W szkole ona jest dla siebie, a ja dla siebie. W drodze powrotnej, wracamy tym samym szkolniakiem, ale tylko krótko umawiamy się na popołudnie. Monika, moja pierwsza prawdziwa przyjaciółka. Dokładnie pamiętam ten moment, kiedy wybrałam właśnie ją. Zawsze bawiłyśmy się w trzy. Patrycja, ona i ja. Patrycja to jest starszą kuzynką Moniki. Ode mnie też jest starsza o ponad rok. Do tej pory to właśnie z nią najchętniej się bawiłam. Monikę toleruję, kiedy przychodzi na przyczepkę. Gra jedynie jakąś małą nieważną rolę w naszych zabawach. Na przykład nasze dziecko albo panią w sklepie. Ale tego pamiętnego dnia, kiedy rozchodzimy się do domu, żegnając się przy żelaznej bramce, mowię do niej cichutko, tak aby Patrycja nie usłyszała: „Przyjdź do mnie jutro sama, pobawimy się w zwierzątka”. Monika spogląda przez grube szkła w okularach, bardzo wdzięczne są jej te dziwne oczy. Ja, starsza dziewczynka, chcę się bawić właśnie z nią, małą zezowatą Moniką. Tak rozpoczyna się nasza przyjaźń. Odnajdują się dwie pokrewne dusze.
Mama czasami podpytuje mnie, czemu akurat ona, taka mała, mogłaby się bawić z Arturem, przecież jest w jego wieku. Mama nic nie rozumie. Jesteśmy nierozłączne i nawet gadanie mamy nie zmieni mojego wyboru koleżanki.
Dopiero kiedy jestem w siódmej klasie, znowu odkrywam Patrycję. Odkąd wyjechała do internatu, spotykamy się tylko w niedzielę po mszy. Patrycja zrobiła to, co w mojej głowie już dawno kiełkuje: poszła do liceum w Świdnicy i cały tydzień mieszka poza domem. Kiedy wyjeżdża tuż przed pierwszym września z ogromnym plecakiem, tak bardzo jej zazdroszczę wolności. Monika i ja odprowadzamy ją na przystanek. Patrycja rozpoczyna liceum, do którego chodziło wcześniej też kilka innych starszych dziewczyn ze wsi. Jako mała dziewczynka obserwowałam je z podziwem w kościele. Miały w sobie coś innego, co odróżniało je od całej reszty.
Patrycja wybrała profil humanistyczny, dokładnie tak jak ja też bym chciała wybrać. Uwielbiam czytać książki i jestem najlepsza z historii. Za to ze ścisłych przedmiotów, w szczególności z matematyki, nie rozumiem niczego. Jedyną drogą, żeby dostać się do takiej szkoły, jest więc dla mnie wybór profilu humanistycznego. Patrycja mieszka w internacie nie dlatego, że chce wyrwać się z domu. Jej rodzice są fajni. Ani ona ani jej bracia nigdy nie byli przez nich bici. Ich tata rzadko na nich krzyczy, a ich mama to najmilsza kobieta w całej wiosce. Taka o gołębim sercu nie tylko dla swoich dzieci. Nasza mama zawsze nam powtarza, że nas kocha i że swoje dzieci trzeba kochać, ale tylko swoje, bo tylko rodzina się liczy. Nikt nie może się u nas w domu bawić, siedzieć w naszym mieszkaniu, jeść naszych obiadów, ponieważ mama nie lubi obcych i nie pozwala nam nikogo sprowadzać. My za to często chodzimy do innych. Zwłaszcza do domu Patrycji. Jej mama częstuje nas wszystkim i nawet jak mają na stole tylko trochę słodyczy, rozdaje je nam, obcym dzieciom bez żalu. A nasza mama, kiedy tylko słyszy kroki na schodach, gdy ktoś idzie z niezapowiedzianą wizytą, prawie wpada w panikę. Przewraca oczami, zrywa się od stołu i chowa talerze z ciastem do szafki, przesypuje cukierki do szuflady, żeby obcy nie rzucili się do żarcia. Czasami okazuje się, że to jej brat, wujek Mietek, i jego żona wpadli do nas w niedzielę po kościele na godzinkę. Mama nie cieszy się, że ich widzi i nie okazuje nawet bratu gościnności. Siedzi tak długo bezczynnie, dopóki ja, paląc się już prawie że wstydu za nią, nie wyciągnę szklanek i nie zaparzę kawy. Przejmuję ugoszczenie gości, chociaż wiem, że później będzie gadanie, że jak się im kawę zrobi, to się jeszcze na dłużej się rozsiądą i będą ględzić jak zawsze o Bogu. Ojciec, który z daleka widzi ich samochód, udaje, że nie zauważa gości i siedzi po drugiej stronie domu wpatrzony w swoje gołębie, ignorując wizytę.
Wujek i ciotka jeżdżą do zboru we Wrocławiu, bo się nawrócili, jak sami mówią. Nie chodzą już do naszego kościoła. Mój tata stwierdza, że im odbiło i że na pewno czerpią z tego finansowe korzyści. Odkąd zdradzili prawdziwego Boga, dobrze im się powodzi. Dla mamony zaprzedali duszę diabłu. Bo skąd bierze się dziś pieniądze? „No może jeszcze z oszustw”, dodaje mama. Ona też im zazdrości dobrobytu. Mieszkania w bloku, sklepu z ciuchami i niemieckiego samochodu, którym raz w roku jeżdżą nad Bałtyk w lecie. Mówi, że ciotka jest taką starą, przebiegłą handlarką i że na pewno dorabia się na ludziach. Pewnie oszukuje wszystkich, dlatego żyją tak dostatnio, na ludzkiej krzywdzie się pasą. Wszystko co o nich opowiadają moi rodzice, nie ma do czynienia z prawdą. Przekonuję się o tym, kiedy jadę do wujostwa na dwa tygodnie wakacji i widzę, ile oboje pracują. Wstają nocą i jadą do Łodzi na targi, aby sprowadzić towar do sklepu, zanim otworzą go o dziewiątej rano. Pod wieczór wracają do domu, nie opadają na fotel. Pakują konewki do samochodu i jadą na działkę, żeby podlewać warzywa.
Opowiadam o tym w domu, jak wujek i ciocia ciężko pracują i co widziałam na własne oczy na wakacjach, ale ojciec przerywa mi, mówiąc: „Gówno tam wiesz, a oni robili tylko wszystko na pokaz.”
Po każdej niedzielnej mszy staram się wyjść z kościoła tak, żeby choć chwilę po rozmawiać z Patrycją. Zebrać potrzebne mi informacje o nowej szkole, o internacie, o pokojach, które dzieli się z innymi, o obiadach na stołówce i o wspólnych kolacjach. Słucham zafascynowana jej opowieści, które utwierdzają mnie tylko w dawno podjętej decyzji: będzie Świdnica, będzie liceum i będzie internat, a do tego i święty spokój, na który cieszę się chyba najbardziej.
Życie poza domem wydaje mi się idyllą. Jakoś wcale się nie boję moich śmiałych planów. Przed zaśnięciem układam sobie w myślach kolejność kroków. Muszę dać jeszcze trochę z siebie, w szczególności z matmy, żeby nie oblać zbliżających się egzaminów. Od nich wszystko przecież zależy. O język polski się nie martwię, tak samo jak o rosyjski, bo świetnie sobie radzę. Najtrudniej będzie przekonać ojca, żeby zezwolił mi na mieszkanie w internacie.
Z mamą nie ma co gadać, bo i tak nie liczy się jej zdanie. Opowiedziałam jej o moim pomyśle ze szkołą, ale ta mi odpowiada, że muszę poprosić tatusia, gdyż to od niego wszystko zależy. Radzi mi, abym poczekała na odpowiedni moment, kiedy będzie miał dobry humor. Powinnam przymilać się do niego, może upiec ciasto, które bardzo lubi. Mogę też robić co wieczór pyszne kanapki na kolację, a umiem przecież pięknie ułożyć je na talerzyku. Wyczuć moment, podejść na paluszkach i nie wkurzyć niczym tatusia. Do kościoła też muszę chodzić bez kręcenia nosem. Wstawać rano, ubierać się i wyjść na mszę, zanim tata mnie na nią pogoni. Powinnam być zawsze usłużną córką. Pomagać bez marudzenia i nigdy nie odpyskować mamie, bo poskarży się jeszcze ojcu i wtedy całe moje plany spełzną na niczym. Przyrzekam sobie, że będę się ćwiczyć w posłuszeństwie. Nie będę wałęsać się tyle z Moniką, tylko sprzątać, gotować… Będę po prostu bardzo grzeczna.
Opowiadam Patrycji o moich marzeniach, że tak jak i ona chcę przeprowadzić się do Świdnicy i o trudnościach, jakich się obawiam, aby przekonać do tego tatę.
„Bez internatu się nie da, nie ma aż tylu pasujących autobusów, więc musisz mieszkać w Świdnicy”, słyszę. „Wrocław, poza tym jest dużo droższy.”
Szczęśliwa, czuję, że mam wreszcie pierwszy ważny argument, a reszta jakoś się sama potoczy!
Dodaj komentarz