Siedzę w kościelnej ławce pod ścianą w kącie. Przytulam się do chłodnej drewnianej lamperii. Nade mną wiszą nowe obrazy przedstawiające Drogę Krzyżową. Stara Szubartowa je ufundowała dla parafii. Mamy być jej wszyscy wdzięczni, choć według mnie wcale nie są ładne. Małe drewniane deski pod nijaki kolor lamperii. Sceny z Nowego Testamentu wypalone w drewnie i pociągnięte bezbarwnym lakierem. Zastanawiam się, gdzie podziały się stare obrazy. Może były ponure i bardzo smutne, ale miały w sobie więcej biblijnego przekazu. Czasami nawet łzy stawały mi w oczach, kiedy, modląc się podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej, wpatrywałam się w twarz cierpiącego Jezusa. Teraz te nowoczesne wypalanki jakoś wcale mnie nie wzruszają. Rozglądam się więc po ludziach. Stare baby kuśtykające na krzywych nogach, w chustkach na głowach albo w futrzanych czapach. Stare chłopy ze spuszczonym wzrokiem suną szybko w kierunku chóru na górze. Czmychają przed ciekawskim wzrokiem. Na chórze stoją rzędem na miejscu brakujących organów. Śpiewają basem, głosem niskim i ochrypłym po sobotniej popijawie. Młodsze kobiety, mężatki, nie chodzą jak stare pokolenie kobiet w chustkach na głowach. Wszystkie za to noszą tę samą fryzurę. Krótko obcięte włosy, mocno skręcone małomiasteczkową trwałą ondulacją. Każda z nich pewnie jeździ do Kątów i chyba do tej fryzjerki co moja babcia Wandzia, bo wyglądają jakby wyszły spod tej samej ręki. Tak naprawdę też bym chciała mieć kręcone włosy, a nie takie druty, do tego rzadkie i cienkie. Mama mówi, że nie wie, do kogo się wdałam z takimi „tyci-kłakami”. Teraz włosy mi się przetłuszczają w zawrotnym tempie. Mam wrażenie, że z każdą chwilą robią się coraz cięższe od tłuszczu. Jakby były naoliwione. Tak samo jak moja buzia. Zwłaszcza w okolicach nosa i na czole. Skóra świeci się i błyszczy tłusto, a do tego mam wielkie pryszcze.
Zaczęłam wstawać bardzo wcześnie rano, żeby jeszcze przed szkołą umyć włosy i wyglądać w miarę porządnie choć do południa. Przestawiam budzik z pokoju rodziców i stawiam obok mojego łóżka. Wstaję dużo wcześniej od mamy, już po piątej. Muszę najpierw zagrzać wodę na mycie w ceramicznym czajniku z grzałką. Potrzebuję także ciepłej wody do spłukiwania piany. Wszystko to robię w zimnej kuchni nad miską tak długo, dopóki nie zbudujemy łazienki. Dopiero gdy kończę dwanaście lat, rodzice rozpoczynają wielki remont w domu. Na koniec mamy łazienkę, ale nie zawsze ciepłą wodę w kranie. Tańsza wersja luksusu. Woda leci ciepła, gdy pali się w piecu, bo podgrzewa się przez tak zwaną podkowę. Ogień w nowym piecu kaflowym wygasa już jednak wieczorem, więc rano albo muszę włożyć łeb pod lodowaty strumień z kranu albo znowu bawić się pół godziny z czajnikiem. Mama za każdym razem marudzi, żebym przestała wydziwiać z tymi włosami. Kto tam w ogóle patrzy na mnie i zwraca uwagę, czy moje włosy są tłuste czy nie tłuste. W zimie radzi schować mi je po prostu pod czapkę, zamiast myć tak rano i narażać się na przeziębienie. Straszy mnie, że dostanę zapalenia opon mózgowych i będę nienormalna jak Paweł od sąsiadów. Powinnam myć się wieczorem, jeśli już muszę codziennie moczyć włosy i zużywać tyle szamponu. Nawet nie chcę o tym słyszeć. Kiedy się idzie spać z mokrą głową, rano wygląda się jak strach na wróble i już po pierwszej lekcji włosy zwisają znowu jak makaron-nitki do niedzielnego rosołu.
Mam wrażenie, że problemy z włosami, tak jak i inne, które mnie dotykają, są dużo poważniejsze niż u innych dziewczyn z mojej klasy. Kiedy patrzę na ich fryzury, pytam się, czemu i ja takich ładnych włosów od Boga nie dostałam.
Dużo dziewczyn, które opuszcza podstawówkę po ósmej klasie i idzie do szkoły do miasta, zmienia się nagle nie do poznania. Prawie wszystkie robią sobie trwałą ondulację, tak zwaną „mokrą Włoszkę”. Wyglądają tak bosko, że postanawiam po egzaminach do liceum, pojechać do miasta i także podać się zabiegowi polepszenia mojego wyglądu. Wiem od mojej babci Wandzi, która całe życie robi sobie trwałą, że po niej włosy przestają się przetłuszczać. Babcia myje głowę tylko raz na tydzień, a jej fryzura wygląda mimo wszystko zawsze świeżo. Zanim jednak uda mi się spełnić moje marzenie, upłynie jeszcze trochę czasu. Przede wszystkim muszę jakoś wpłynąć na ojca, bo skąd wezmę pieniądze na trwałą ondulację? Nawet na zwykłego fryzjera mi nigdy nie daje.
Mama wysyła nas zawsze do cioci Krysi, żeby trochę wyrównała nam włosy. Ciocia wcale nie jest żadną tam fryzjerką i czasami jak przytnie, to trzeba kilka dni nosić czapkę i się wstydzić spojrzenia innych ludzi. Potem zaczynam chodzić do pani Lesi, mamy Patrycji, ponieważ ta umie trochę lepiej obchodzić się z nożyczkami niż ciocia. Zanim do niej pójdę, wymyślam sobie, co jej powiem, ponieważ wstydzę się ją prosić, gdy nie mam czym zapłacić. Wiem, że wypadałoby dać jej za ścięcie włosów parę groszy, lecz tata nawet nie chce słyszeć, żeby za takie bzdury płacić. Albo zrobi przysługę od tak po sąsiedzku, albo musimy iść znowu do cioci. Straszne jest chodzić po prośbie po wsi, więc pewnego dnia, gdy przetłuszczona grzywka drażni mnie i wpada już w oczy, sięgam po szkolne nożyczki i własnoręcznie próbuję nadać jej jakąś formę. Efekt końcowy jest tragiczny. Za krótkie włosy układają się na wysokim czole w krzywe schody. Przerażona biegnę do cioci, żeby pomogła uratować mnie przed kompromitacją. Ciocia najpierw wybucha śmiechem, a potem załamuje ręce. Niewiele da się z włosami już zrobić, bo są za krótkie. Dobrze, że jest chociaż sobota. Idę na nogach do babci Jasi. Może ona da mi trochę pieniędzy, aby zapłacić pani Lesi?
Babcia podsuwa mi inne rozwiązanie. Wyciąga z szafy swój czerwony beret. Nosi go tylko od święta, gdy chce być naprawdę elegancka. Zakładam go przed lustrem. Patrzę długo na swoje odbicie, ale kompletnie nie widzę siebie. Wyglądam zupełnie jak obca. Przymierzam beret i tak, i tak… Przekręcam głowę we wszystkie strony. To układam z przodu mały daszek, to przeciągam beret lekko na boki, miny robię nie swoje, śmieszne, dziwaczne… To nie ja tam po drugiej stronie stoję, nie poznaję tej osoby w lusterku. I chyba dobrze, ponieważ bardzo nie lubię swojego odbicia, może nawet się nienawidzę.
Beret ma piękny malinowy kolor i jest miękki, z moheru, jak mówi babcia. Zawiązuje mi jeszcze apaszkę na szyi i przekonuje, że tak powinnam się właśnie ubierać, że tak jest mi całkiem do twarzy. Jak jakaś elegantka z Francji. Nie patrząc sobie w oczy, spoglądam ostrożnie ma postać w lustrze. Jest taka inna ode mnie, może bardziej miejska, a może i bardziej dorosła. Niech więc tak zostanie, daję się przekonać i wracam do domu w berecie, z którym nie rozstaję się aż do końca podstawówki.
Tata na mój widok twierdzi, że mi chyba już całkiem odbiło. Mama za to jest przynajmniej spokojna, że zimą nie dopadnie mnie zapalenie mózgu.
Dodaj komentarz