Ostatni rok szkolny dobiega końca. Zbiega się z pierwszymi wolnymi wyborami w Polsce po obradach Okrągłego Stołu. Koniec komuny i nagle dużo się zmienia. Ja też czuję, że i u mnie następuje przełom. Cieszę się bardzo, że po ośmiu latach wreszcie zmienię szkołę. Zrobiło się jakiś ciasno i przede wszystkim nudno.
Na egzaminy do liceum w Świdnicy jadę razem z mamą. Inaczej nie miałabym pojęcia, jak trafić z dworca PKS-u do nowej szkoły. Co prawda najchętniej pojechałabym sama, ponieważ się jej wstydzę. Mama jest zawsze trochę dziwna w porównaniu z innymi mamami. Jest mi jej jednocześnie szkoda. Patrzę na nią z politowaniem. Wstydzę się równocześnie swoich myśli o niej i tego poczucia, że chciałabym, aby była inna. Zżerają mnie wyrzuty sumienia, ale nie umiem inaczej. Wstyd miesza się ze złością i wtedy staję się dla mamy nieznośna. Nie mam w ogóle dla niej szacunku, a powinnam. Na jedno jej słowo, odpyskowuję dziesięcioma. Kiedy brakuje jej odpowiedzi na moje bezczelne pyskówki, zagraża mi tylko ojcem. Jest słaba i taka przy tym wiejska. Po trochę czuję i satysfakcję, że jestem od niej lepsza. Mądrzejsza i lepiej umiem się zachować w nowej sytuacji. Nie tak jak ona. Od razu widać, że jest z wioski.
W drodze do szkoły trzymam się od niej na dystans. Kiedy idziemy w odpowiedniej odległości, pewnie nie od razu wszyscy się domyślą, że jesteśmy matką i córką. Mama ubrała się w moją starą falbaniastą spódnicę, której nikt nigdy już by nie założył. To podkreśla jeszcze bardziej jej wiejskość. Kiedy wychodzimy z autobusu na dworcu, mamy jeszcze ponad godzinę do rozpoczęcia moich egzaminów. Mama ciągnie mnie do piekarni. Kupuje chleb, bo bułki są za drogie. Potem idziemy do rzeźni. Tam ku mojej rozpaczy, prosi sprzedawczynię, aby pokroiła nam chleb na kromki i położyła na nie zakupioną w rzeźni pasztetową. Czuję, że palę się po prostu ze wstydu. Nikt normalny nie wpadłby na taki pomysł. Kiedy siedzimy na ławce w parku, nawet nie chcę tknąć podawanej mi kromki. Odpycham jej rękę ze złością. Strącam przy tym gruby plaster pasztetu. Mama znowu mi grozi, że o wszystkim powie tacie.
Kiedy wchodzimy do liceum, staram się od razu zmieszać z tłumem, żeby nikt nie rozpoznał, że nas coś łączy. Rozglądam się po innych dziewczynach, które tak jak i ja czekają pod drzwiami klasy. Porównuję z nimi swój wygląd i przestaję czuć się komfortowo. Jestem jakaś inna, ale teraz nie mam czasu zaprzątać sobie tym głowy. Siadam na wyznaczonym miejscu i czekam pełna napięcia. Teraz interesuje mnie tylko to, czy podpasują mi tematy z polskiego. Wiem, że umiem dobrze pisać, a gramatykę mam w małym paluszku. Rosyjski również jakoś pójdzie. Jedynie matematyka powoduje skurcze w brzuchu. Przyrzekam dać z siebie wszystko, bo tak bardzo chcę wydostać się z domu. Muszę zdobyć tu, dziś i teraz bilet do lepszego świata.
Po trzech dniach są wyniki. Dostałam się i rozpiera mnie duma. Nawet rodzice opowiadają każdemu, że zdałam do liceum bez poprawki.
Wakacje toczą się powoli. Dni dłużą się w nieskończoność, bo czekam i czekam. W domu tylko sprzątam, gotuję, oprzątam króliki. Nad wodę jak nie mogłam tak nadal nie mogę chodzić z innymi.
Wszyscy z wioski idą już po śniadaniu na żwirownię. Patrycja i Monika namawiają mnie codziennie, żebym z nimi poszła. Wzięły ze sobą koc, jedzenie i picie… Brzmi to tak zachęcająco… Ojca nie ma w domu, więc błagam mamę, żeby mnie z nimi puściła. W razie czego będę mogła powołać się przynajmniej na jej pozwolenie. Mama jest jednak nieugięta. Boi się, że się utopię. Wszystkim nam zabrania chodzenia na żwirownię. Kiedy nie odpuszczam i nadal marudzę, grozi, żebym dała jej spokój, bo jak tata się dowie, to do końca sierpnia nie wyjdę poza podwórko, ani do parku, żeby pograć w piłkę. Tak bardzo mi zależy na tym wyjściu. Dziś maszerują w kierunku jeziora nawet chłopaki. Andrzej przyjechał z Legnicy. Przyjeżdża co roku do naszych sąsiadów na wakacje. Pragnę być w jego pobliżu. Jest taki ładny, wysoki i ma piękne kręcone włosy. W czasie ferii zimowych zjeżdżał ze mną na moich sankach z górki pod pałacem. Tak naprawdę musieliśmy zjeżdżać razem, bo tata nie pozwala nikomu pożyczać sanek. Niby przypadkiem wtulałam się w jego kurtkę. Pachniała przyjemnie, a jego szerokie plecy chroniły mnie przed zimnym wiatrem. Andrzej – mój obrońca przed niebezpiecznym światem…
Przynajmniej tak to sobie wszystko malowałam w mojej głowie. Po sankach Andrzej nie okazywał już wielkiego zainteresowania moją osobą. Mimo wszystko czekałam na niego aż do lata, mając nadzieję, że może teraz zapała do mnie uczuciem.
Mama chyba ma dość marudzenia mojego i braci i obiecuje, że po obiedzie pójdziemy wszyscy wspólnie nad wodę. Przewracam oczami, ponieważ nikt inny nie chodzi na żwirownię z rodzicami. Innego wyjścia jednak nie ma. Muszę się zgodzić. Dziś chcę wyglądać tak, żeby Andrzej mnie w końcu dostrzegł. Idę do cioci Krysi i pożyczam strój kąpielowy. Nadal nie mam własnego. Zawsze kąpałam się w krótkich spodenkach i w koszulce, ale teraz wstydzę się tak publicznie wystąpić, zwłaszcza że Patrycja i Monika mają stroje. Ciocia pożycza mi biały, który świetnie kontrastuje z moją opaloną skórą. Przede wszystkim maskuje odstający brzuch, którego okropnie się wstydzę.
Z daleka widzę całą grupę pluskającą się beztrosko w wodzie. Pływają, nurkują, chłopaki skaczą na główkę. Rozglądam się wokoło nerwowo, bo nie widzę ani Patrycji ani Andrzeja. Pytam Monikę, gdzie „ta” reszta. Monika wskazuje na łąkę obok. Dostrzegam ich na kocu, leżących ciasno obok siebie. Domyślam się od razu, że ze sobą chodzą. Zrozpaczona zanurzam się w wodzie, aby nikt nie zauważył, jak bardzo chce mi się płakać. Wyć z rozpaczy i z zazdrości.
„Nie wchodź za głęboko, bo utoniesz!”, wrzeszczy mama. Nawet nie ma pojęcia, jak ta teraz tego właśnie pragnę. Ale stoję tylko w wodzie po pas i dalej się nie odważę zanurzyć. Nadal nie umiem pływać. Jestem taka niezgrabna, śmieszna i do tego mało odważna. Kiedy tak rozmyślam, Patrycja i Andrzej wbiegają do wody ze śmiechem, trzymając się za ręce. On ją chlapie, ona się śmieje, typowe młodzieńcze zaloty. Jak ja bym też tak chciała! Zrezygnowana wychodzę na brzeg i siadam na kocu obok mamy.
„Przykryj się! Strój ci przebija”, rzuca ręcznik na moje mokre ciało. „Wstydziłabyś się trochę. Ludzie patrzą.”
„Wcale nie patrzą!”, prycham w odpowiedzi. „Nie ma na co!”
Ponownie wchodzę do wody dopiero wtedy, gdy dwoje zakochanych znowu siedzi w oddali i jestem pewna, że nikt nie zwraca na mnie uwagi. Kładę się na wodę. Macham rękami i staram się nie pójść na dno. Ćwiczę uparcie do samego wieczora. Postanawiam nauczyć się pływać i nie być ciągle tą gorszą. Przez kolejne dni ciągnę mamę nad wodę i nie daję za wygraną. Po tygodniu przez jakiś czas utrzymuję się już nawet na plecach na wodzie. Boję się jeszcze oddalić od brzegu, więc często ląduję w szuwarach. Pewnie jestem śmieszna w tym wszystkim, żałosna i dla takich jak Andrzej na pewno niewidoczna, lecz na koniec wakacji umiem pływać i to się tylko dla mnie liczy.
Dodaj komentarz