Aneta K. ma już „ciotę”. Tak przynajmniej nam opowiada. Na wuefie zamiast ćwiczyć, siedzi z boku na ławce, bo jej leci. Z czasem na ławce zasiadają i inne dziewczyny. Chłopaki mają na przerwach ubaw i krzyczą za tymi, które dostały okres, że teraz muszą uważać, żeby im przypadkiem brzuchy nie spuchły. Kiedy ma się ciotę, to można zajść w ciążę. Aneta musi na pewno uważać. Jako pierwsza nosi biustonosz. Jako pierwsza też ma prawdziwego chłopaka, takiego z rolniczej, starszego pewnie od niej o trzy lata. Prowadzają się po lekcjach za rękę, czasami ten obejmuje ją w pasie na oczach wszystkich, nawet niektórych nauczycieli. Co niektórym to aż tak bardzo nie przeszkadza, uśmiechają się tylko pod nosem. Jedynie przed K. trzeba się chować. K. nie przebiera w słowach. Raz podobno widziała Anetę na dworcu we Wrocławiu, jak siedziała pewnemu żołnierzowi na kolanach i obściskiwała się z nim jak jakaś panienka lekkich obyczajów. K. drze się na Anetę na lekcji wychowawczej, wyzywając ją od dziwek. Aneta płacze i zaprzecza, bo nawet nie była we Wrocławiu. Buntuję klasę, że nie powinniśmy tak tego zostawić. Jednak wszyscy się boją K., bo się na pewno zemści i dlatego sama idę ze skargę do inspektora oświaty i wychowania. Ten nie jest zbyt zainteresowany całym zamieszaniem i wysyła mnie do dyrektora. Zupełnie bez sensu! Pan K. jest mężem nauczycielki i, wysłuchawszy mojej skargi, nie wyciąga wobec niej żadnych konsekwencji. Aneta nie zostaje zrehabilitowana w oczach klasy, ale ja dostaję tym razem porządnie za „moje poczucie sprawiedliwości”. Odpowiem teraz za stare grzechy, takie jeszcze sprzed roku. K. ośmiesza mnie przed całą klasą, mówiąc, że nie jestem wcale taka święta. Ukradłam orzeszki ziemne. Wyjadłam je z miseczki w pokoju nauczycielskim w starej podstawówce, gdzie organizowałam zbiórki zuchów jako starsza harcerka. Na widok i zapach fistaszków nie umiałam po prostu powstrzymać ręki. Teraz stoję na środku zawstydzona i to ja ją przepraszam. Nie śmiem podnieść wzroku w kierunku klasy. Takiego wstydu jeszcze się w życiu nie najadłam. Nikt nie staje po mojej stronie. Modlę się w duchu, aby K. nie wpadła czasem na pomysł powiadomienia moich rodziców. Na drugi dzień zostaję chora w domu. Boli mnie brzuch, chyba z nerwów. Wracam więc do łóżka i zasypiam. Śpię do południa. Targają mną koszmary z wczorajszego przeżycia. Budzę się mokra od potu. Najchętniej nigdy już nie wróciłabym do tej szkoły. Postanawiam udawać ból brzucha przez cały tydzień. Skurcze robią się jednak naprawdę bardzo bolesne. Idę do ubikacji. Patrzę na majtki… Krwawię… Dostałam pierwszy okres w życiu. Na szczęście nie ma nikogo w domu i mogę się podmyć, zmienić majtki i poszukać jakieś podpaski. Wiem od dziewczyn, jak wyglądają. Grzebię w szafie mamy, we wszystkich szufladach. Nigdzie nie ma nawet głupiej waty! Zwijam więc papier toaletowy w rulon, wciskam między nogi i postanawiam przetrwać tak w łóżku aż do powrotu mamy. Przypominają mi się opowieści babci Jasi o baletnicach, które wciskają sobie w dziurkę koreczek, którym tamują krwawienie, aby nawet podczas miesiączki mogły tańczyć. Dotykam się w tym miejscu, patrzę na umazany krwią palec… Jestem dorosła.
Pokazuję mamie brudne majtki. Bez słowa rzuca się do szafki i nerwowo szuka czegoś, czego ja od dziś będę już regularnie potrzebować. Bezskutecznie. W końcu jedzie do sklepu i przywozi mi ligninę. Waty nie było. Rzuca bez słowa zakup na moje łóżko i nie komentuje nawet słowem tak ważnego dla mnie wydarzenia. A ja mam tyle pytań i tyle zwątpień. Pojadę więc w niedzielę do babci i jej o wszystkim opowiem.
Mama porusza wstydliwy temat miesiączki raz jedyny, wtedy, kiedy zapominam sprzątnąć zużytą podpaskę. Nieumyślnie zostawiam ją leżącą na pralce w łazience. „Wrzuć to szybko do pieca, zanim ktoś zobaczy. To wstyd po sobie nie sprzątać!”
Żeby ona tylko wiedziała, jak bardzo wstydzę się okresu! Dziesięć razy oglądam się w lustrze, zanim wyjdę do szkoły, czy kształt waty lub ligniny nie jest widoczny na moim tyłku. Zapadam się prawie pod ziemię, kiedy wkładka mi przemoknie i na spodniach widać czerwone plamy. Zdarza mi się to bardzo często. To jak ślady zbrodni, którą w nieuwadze popełniłam. Mimo przestróg mamy, od czasu do czasu zostawiam wstydliwe zawiniątka w łazience. Najgorzej jest, jeśli wpadną w oczy moim braciom. Używają ich do szantażu. Powiedzą tacie, że wkładam sobie watę do dupy, jeśli czegoś za nich lub dla nich nie zrobię. Błagam ich na kolanach, żeby nie wyjawiali mojej wstydliwej tajemnicy. Boję się, że tata będzie zły na mnie, gdy się dowie, że mi krew leci.
Pewnego dnia w szkole i ja zasiadam na ławce podczas lekcji wuefu. Dołączam do grona „tych z ciotą”. Czuję się troszeczkę ważniejsza i po cichu liczę na zaczepki chłopaków na przerwie. Niestety nigdy mi jakoś nie dokuczają. Czyżby myśleli, że takim jak ja to brzuch i tak nigdy nie spuchnie?
Dodaj komentarz