Napisałam już tysiące listów. Tysiące zaczętych i potarganych kartek, papiery spalane w piecu. Ile razy zamieniałam myśli w słowa, by wyrazić, że kocham cię i jednocześnie nienawidzę. Że uwięziłeś mnie, że niszczysz, że nie wierzę w twoje słowa. Poznałam cię na schodach w internacie, na Muzealnej. Wbiegałeś szybko do pokoju na drugim piętrze, chyba w przerwie obiadowej albo coś zapomniałeś, nie wiem.
Uśmiechnąłeś się pierwszy, niby przelotnie, może zalotnie. Wszystko jedno, najważniejsze, że zauważyłeś mnie. Twój uśmiech odebrałam jako zachętę do czegoś więcej, nie tylko do rozmowy. Podobnie uśmiechnąłeś się rano, kiedy szłam do szkoły. Od tamtej pory zawsze wybierałam drogę obok fontanny. Okiem laika codziennie oceniałam, jak długo jeszcze potrwają prace renowacyjne. Byle jak najdłużej. Błagałam w myślach zimę, żeby przedłużyła wam roboty. Końcem września kompletnie zapomniałam o wakacyjnej miłości. Adaś, czarujący chłopak z uśmiechem od ucha do ucha i żywymi czarnymi oczami, nagle stracił wszystko w moich oczach. Tobie nie dorasta do pięt, nigdy nie potrafił mnie tak omotać i zaprzątnąć myśli, jak tobie się właśnie udało. Byłam dumna, gdy rozmawiałyśmy na korytarzu w internacie i zaprosiłeś mnie na papierosa w ukryciu przed kierownikiem. Jesteś prawie osiem lat starszy ode mnie, bardzo mi to imponuje. Poza tym pochodzisz z Wrocławia, z miasta, do którego mam zamiar wybrać się na studia.
Wszystko się zgadza! Chciałeś być aktorem w Teatrze Lalek, bywałeś w świecie, dużo w Skandynawii, a zimą wyjeżdżasz do Malborka, by rekonstruować stare średniowieczne witraże. Boże! Co za człowiek, pomyślałam, o takim życiu przecież ja też marzę. Jeździć, zwiedzać, robić nietuzinkowe rzeczy, zajmować się sztuką, słuchać odlotowej muzyki, palić jointy, spać nago w busie i gotować wspólnie makaron z sosem bolońskim. Zrobię wszystko, by takie życie było moim, a do tego przy jego boku.
Dokładnie w moje osiemnaste urodziny zapukałam pijana ze szczęścia i od wódki do drzwi twojego pokoju. Naiwnie myślałam, że może będziesz sam tego wieczoru, i jakoś moje przeczucie mnie nie oszukało. Mały pokoik dzieliłeś z kolegami, ale oni tego dnia wyjechali do Wrocławia. Los zrobił mi prezent na wejście w dorosłość. Dostałam to, o co skrycie prosiłam.
Rozebrałeś mnie z mojej nowej sukienki, uszytej u wiejskiej krawcowej według mojego własnego projektu. Pochwaliłeś, że wyglądam cudnie, że do twarzy mi w biało-czarnej kracie. Przyjechałeś ręką po cienkich czarnych rajstopach. Nawet nie mrugnęłam okiem, kiedy zdarłeś je ze mnie, niszcząc nowy zakup kompletnie. Nie było ceny, którą bym nie zapłaciła, tak bardzo pragnęłam właśnie tego: być twoją. Chciałam leżeć obok mojego Marka i całować go po raz pierwszy tak dojrzale, jakbym miała nie wiadomo jakie doświadczenie. Ty je na pewno miałeś. Potrafiłeś mnie prowadzić i nauczyć, jak się pożąda. Noc była długa w twoim pokoju, upojna, ale i tak nie oddałam się do końca spontaniczności. Głowa pozostała włączona, bo tak bardzo, jak szaleńczo tego pragnęłam, dokładnie tak samo bardzo bałam się prozaicznej rzeczy –zajścia w ciążę.
I byłeś moją zdobyczą. Należałeś do mnie od teraz, a ja do ciebie na zawsze. Przynajmniej tak sobie wyśniłam, a jak czegoś chcę, to zawsze osiągam swój cel. Poza tym zawsze czuję, gdy coś się wydarzy, intuicja, przeczucie – zawsze to coś we mnie ma rację.
Przyglądam ci się, gdy stoisz na rusztowaniu boku kolumny Świętej Trójcy na rynku w Świdnicy. Potem przy fontannie z Neptunem. Czekam, aż wychylisz się spod plandeki ukrywającej cały zespół renowacyjny. Ty, Piotrek i Sławek – wszyscy przystojni, ale tylko ty mnie interesujesz. Podobasz mi się najbardziej. Długie włosy, loki. Ciemne, kręcone, zazwyczaj niedbale związane w kitkę. Obcisłe dżinsy i bluza z kapturem, dokładnie tak, jak lubię. Często z papierosem w kąciku ust. Nie byłeś brany na budowie za robotnika, bo to inna niedbałość. To taki luz, zamierzony luz, który całkowicie zakręcił mi w głowie.
Rano, zanim cały internat się obudził, pozbierałam porozrzucane ubrania. Owinęłam się twoją bluzą z kapturem i pobiegłam do swojego pokoju, ślizgając się po cichu do łóżka. Oczywiście w twojej bluzie, żeby nadal wąchać twój zapach, który ukrył się w miękkim materiale. Zamknęłam oczy i chłonęłam, ucząc się na pamięć, jak pachniesz. Przypominałam sobie nowa i od nowa, jak się czułam, jak smakowałaś, jak brzmiał twój oddech.
Rano, przed wyjściem, nieśmiało zapukałam do drzwi, niby żeby oddać ci bluzę. Naprawdę miałam nadzieję, że będziesz i znowu cię spotkam. Nikt jednak nie otworzył, musiałeś już wyjść do pracy. Postanowiłam wrócić późnym popołudniem, około siedemnastej, bo wtedy zawsze byłeś u siebie. Wracając ze szkoły, zahaczyłam o jednak budowę. Światło reflektorów oświetlających fontannę jeszcze biło, ale nigdzie cię nie dostrzegłam. Obeszłam fontannę z każdej strony i już miałam iść dalej, kiedy wyszedłeś z butiku na przeciwko. „No to widzimy się dziś wieczorem!” krzyknąłeś do młodej, pięknej sprzedawczyni, posyłając jej szybkiego całusa. Była na pewno starsza ode mnie, mniej więcej w twoim wieku, w twoim czarnym swetrze, obcisłych spodniach na szczupłej pupie. Ładna, sto razy ładniejsza ode mnie.
Później wiele razy obserwowałam cię, gdy stałeś pod sklepem na fajce. Śmiechy, chichy, luz taki, którego ja nie potrafię. Umiem brać życie tylko na serio. Naprawdę wszystko nic na niby, dotrzymywać słowa, być zawsze punktualna, rzeczowa, nie owijać w bawełnę, nie zwodzić. Tobie to się chyba jednak nie spodobało i nigdy nie spodoba. Ciebie rajcuje coś innego. Pusta sprzedawczyni z butiku, co szczerzy zęby w szerokim uśmiechu, opierająca się zalotnie o ścianę, podwijając nogę zalotnie i wypinając dekolt, klując cię nim w oczy.
Wychodząc z pokoju na najwyższym piętrze w internacie, usłyszałam twój głos, a potem jej śmiech perlisty. Spojrzałam na dół przez balustradę. Lecicie szybko do twojego pokoju. Czekam na próżno pod drzwiami, kiedy ona wyjdzie.
Wracam na górę, padam na łóżko, i nawet nie płaczę. Byłoby i tak na próżno. Bo co ja sobie wyobrażam? Smarkula i brzydkie kaczątko! Że mnie pokocha? Albo weźmie na serio? Byłam tylko jednorazową wieczorną zabawką, dziewczynką do rozrywki. Czy powinnam była z nim wtedy pójść do łóżka? Czy powinnam była to zrobić?
A może spróbować jeszcze raz cię przekonać?
Jeśli ci się oddam, może mnie znowu i znowu zapragniesz. A tamta? Czy o niej zapomnisz? Będę udawała, że o niczym nie wiem, że nigdy was nie widziałam. Prowokuję kolejne spotkania, jak opętana łażę w okolicach rynku i fontanny. Prace postępują dość szybko, więc wiem, że niedługo i tak cię już tutaj nie będzie. Muszę działać, zanim będzie za późno. W końcu spotykamy się na schodach wieczorem. Ja wchodzę, ty wychodzisz z internatu. Nie śmiem pytać, dokąd idziesz. Dajesz mi mokrego całusa i gładzisz po włosach, mówiąc: „Moja mała”, i znowu jestem cała twoja. Nieważne co przypuszczam i czuję, gdzie teraz idziesz. „Może byś przyjechała do mnie na weekend do Wrocławia?”
Wciskasz mi do ręki małą karteczkę z adresem, objaśniając, jak dojechać, jakby to było całkiem oczywiste. Dam radę, muszę, jakoś to będzie. Znajdę cię nawet na końcu świata. Potem dodajesz tylko przelotnie, że pojutrze już wyjeżdżasz ze Świdnicy, prace renowacyjne zostały zakończone. Nie śmiem zapytać, czy od tej pory nigdy cię nie będę widywała jak dotąd. Jak ja to przeżyję?
Na weekend nie wracam pierwszy raz do domu. Kłamię, że jadę do koleżanki do Bolkowa. Znają ją, więc nie marudzą aż tak strasznie. Przed wyjazdem wszystkie zaoszczędzone pieniądze wydaję na tabletki antykoncepcyjne. Wysiadam na dworcu we Wrocławiu, wsiadam do tramwaju nr 17 w kierunku parku Szczytnickiego. Dokładnie tak jak powiedziałeś, nie zapomniałam ani jednego słowa. Wysiadam przy Szymanowskiego i szukam twego domu. Dzwonię do drzwi na nogach jak z waty. Wierzę jeszcze wtedy, że zaczyna się nowy rozdział w moim życiu. Wielka miłość, ty i ja, jedność, małżeństwo, dom, bliskość.”
„Będziemy razem gotować, podróżować, choćby palcem po mapie, ale wszystko zawsze we dwoje. Nago w łóżku leżeć, kochać się, dotykać, całować, i to wszystko tak swobodnie, z luzem, z muzyką w tle, taką nowoczesną, z książkami obok niedbale rzuconego w kąt materaca, naszego gniazda miłości, seksu po trzy razy w ciągu nocy. Będziemy brać prysznic wspólnie, mydlić nasze ciała i bez żenady sięgać ręką, gdzie tylko będzie nam się chciało, żeby poznać dobrze wszystkie zakamarki tej drugiej osoby, którą tak się pożąda, tak kocha, każdy milimetr jej miękkiej skóry. I będziemy się wąchać, wdychać zapach przepoconych włosów, bo noce są takie upojne. Tryskać spermą, przechodzić nie pierwsze i nieostatnie orgazmy, zasypiać po nich jak małe dziecko. Boże, jak pięknie będzie w tu w tym cudownym mieszkaniu. W naszej wspólnej suterenie w starej willi w Parku Południowym, w poniemieckiej najpiękniejszej dzielnicy.”
Jeszcze pół roku i przyjadę na studia. Wytrwam jakoś te sześć miesięcy. Będziemy tęsknić do siebie, czekać i wracać ciągle od nowa. A każde spotkanie będzie jak pierwsze, bo przecież jesteśmy dla siebie stworzeni. Zapraszam cię na studniówkę. Duma mnie rozpiera i chcę pokazać wszystkim mojego boskiego faceta. „Wyślę ci pocztą zaproszenie.” „A ja załatwiam garnitur, bo nie mam na razie, a w bluzie z kapturem chyba nie będzie wypadało.” Oboje śmiejemy się, całujemy na pożegnanie, wsiadam do tramwaju, jadę w kierunku dworca, potem pociągiem wracam znowu do innego świata. Wtedy zaczynam myśleć, czy pasujesz do tego świata. Cały czas zastanawiam się, jak ja cię tutaj przywiozę. Jak poznasz moich rodziców, zobaczysz tylko obraz biedy, ciasnoty, usłyszysz krzyki, bluzgi mojego ojca, głupie pytania mojej mamy. Pewnie zwiniesz żagle i zapomnisz szybko, że mnie w ogóle poznałeś.
Nigdy jednak nie dochodzi do tego spotkania. Jeżdżę do ciebie kilka razy jeszcze na sobotę i niedzielę, lub na Sylwestra tylko we dwoje, ale zauważam od razu, że inicjatywa nigdy nie wychodzi od ciebie. Któregoś razu trafiam na ślady innej dziewczyny lub kobiety, nie wiem. Z podkulonym ogonem wracam do siebie, jak pies pobity, wewnętrznie krwawię.
Postanowiłam nie wysyłać ci zaproszenia na studniówkę i zaczepiłam na ulicy chłopaka, który kiedyś mi się spodobał. Odmówił, mówiąc, że jest ze swoją dziewczyną, ale przyjdzie z kolegą. Bawię się, tańcząc z nim tylko z rozpaczy. Wiem, że cię na zawsze straciłam. Nie szukam już kontaktu, a ty nie przyjeżdżasz już nigdy do Świdnicy. Myślę sobie, że wiesz, gdzie mnie znajdziesz, i jak tylko poczujesz, że będziesz chciał, to przyjedziesz pod moje okno.
Czekam z utęsknieniem pół roku, chcę dać sobie z tobą spokój, ale stajesz się moją obsesją. Aż do drugiego roku na studiach wytrzymuję i nie wchodzę ci w drogę. Lecz pewnego razu nie umiem znieść dłużej, że mieszkasz tak niedaleko ode mnie, dokładnie o kilka domów dalej. Od czasu do czasu pukam do twoich drzwi, ale tylko wtedy, gdy twój samochód nie stoi pod domem, bo się boję, że mnie odrzucisz. To taka dziwna prowokacja wobec samej siebie. Wykręcam kilka razy numer telefonu, ale zawsze odbiera twoja matka. Niby nie ma cię w domu, bo jesteś w delegacjach, na wyjeździe do Malborka, tam, gdzie obiecałeś zabrać mnie przynajmniej na dwa tygodnie. Nie daję za wygraną. Muszę spróbować walczyć o ciebie choćby moim natręctwem. Raz proszę cię niemal na kolanach, byś przyszedł do mnie. Przychodzisz, a po miernym seksie wychodzisz z mojego łóżka, bo jest niewygodne i nie wyspałbyś się tak dobrze, aby iść rano do pracy. I to był nasz ostatni raz. Koniec.
Dla ciebie koniec, dla mnie początek utraty samej siebie. Żyję odtąd z przekonaniem, że nie jestem warta miłości. Brzydkie kaczątko z wiochy, które może zapomnieć, że ktoś je kiedyś dostrzeże. Jestem przecież śmieszna, nie taka, jaką faceci wzięliby na serio. Faceci wykorzystują jedynie moją głupotę, by potem zwrócić się ku dziewczynom z klasą. Ja jestem jedynie błaznem, kupą śmiechu, szkaradą z długim nosem i grubym brzuchem. Bez solidnego rodzinnego zaplecza, z ciągłym ciężarem dziwnych ludzi na karku, których muszę nazywać rodziną. Wstyd zabrać kogokolwiek ze sobą do domu. Widząc, kim naprawdę jestem i skąd pochodzę, nie mogę przecież zasługiwać na miłość. Brak mi tego wszystkiego, co inne kobiety dostały w nadmiarze: wiedzy, inteligencji, wdzięku i osobistego czaru. Jak słoń w składzie porcelany, bez gustu, możliwości, pieniędzy, szacunku do samej siebie, miłości dla tej drugiej po drugiej stronie lustra, bez zrozumienia dla niej, bez współczucia, bez chęci pomocy, nawet gdy wpadnę w dziurę i płaczę. Brak mi dobrego słowa dla mnie samej, pocieszenia, podniesienia na duchu. Czym zawiniłam? Nie wiem.
Mówię siebie: daruj sobie, moja droga. Nie licz, że kiedykolwiek złapiesz pana Boga za nogi. Postępuj tak, jak ci mówię. Zawsze trzymaj każdego na dystans. Obserwuj, nie wpadaj nikomu w ramiona, nie ufaj nikomu do końca. Wszyscy faceci są tacy sami. Ty też nie będziesz piękniejsza, a lat tylko ci przybędzie. Możesz ubrać się najmodniej, odlotowo, zrobić idealny makijaż, fryzurę, założyć nowe buty, a i tak będziesz nikim. Zapamiętaj to, dobrze sobie to zapamiętaj!
Co mam teraz z tym wszystkim zrobić? Jak żyć? Czy mam dla siebie jakąś radę?
…
A teraz wreszcie do siebie słów kilka:
Bądź sobą! Odpuść sobie, nie licz na to, że na wszystko masz wpływ. Usiądź ze sobą przy stole, posłuchaj swoich żalów, płacz nad swoją historią, wzrusz się własnymi przeżyciami. Uwierz, że było ci ciężko. Współczuj sobie, że byłaś z tym wszystkim sama, bez oparcia, bez zrozumienia, bez bratniej duszy. Wszystkie te lata nie miałaś nikogo, komu mogłabyś zawierzyć swoje najskrytsze tajemnice lub opowiedzieć o najintymniejszych pragnieniach.
Przesuń lustro w swoją stronę i patrz głęboko w swoje oczy. Czy dostrzegasz w ich głębi choć odrobinę miłości dla samej siebie? Weź się w ramiona, poczuj obolałe ciało w ciasnym, ale ciepłym objęciu. Połóż swoją głowę na piersi i pozwól uczuciom swobodnie płynąć, niech i dreszcze wstrząsają tobą. Rycz, szlochaj, tobie wszystko wolno. Odepchnij myśli, że musisz być silna i twarda. Może, ale tu i teraz to nieistotne. Możesz być krucha i bezsilna, po prostu ci wolno. Wolno ci wszystko, co dobrze ci robi, co ci sprzyja i pomaga. Wolno ci kochać lub nie kochać, zostać lub odejść, wybrać lub odrzucić. Tak, jak tego potrzebujesz. Wolno ci nie chcieć, nie mieć ochoty. Wolno ci się spóźniać, zapominać, ignorować, wolno ci mieć swoje zdanie i zły humor, walnąć w stół lub się pokłócić. Wolno ci przestać dostosowywać się wiecznie, robić coś pod publikę, aby cię kochała. Wolno ci mieć wyjebane na wszystko, powiedzieć „proszę się ode mnie odpierdolić”. Wolno ci przestać być grzeczną dziewczynką, wzorową uczennicą, opiekuńczą siostrą, wierną żoną, matką Polką, która tkwi do końca na posterunku. Wolno ci kochać, nie kochać i pokochać na nowo, być czasami kochanką, czasami stateczną kobietą, albo po prostu sobą – a to przede wszystkim. Wolno ci być w swojej skórze, w swoich myślach, w swoim przekonaniu, że „z tym mi dobrze, a to mnie wkurza”. Wolno ci głośno powiedzieć, a nawet wrzasnąć: „stop, nie chcę, basta, wynocha, nie pozwalam, to jest moje i tylko moje życie!!!” A teraz wolno ci odetchnąć po tym wszystkim, wziąć głęboki oddech i położyć się na kanapie lub po prostu na zielonej trawie, na łące. Popatrzeć w niebo beztrosko, policzyć chmury lub przelatujące właśnie dzikie gęsi. Wolno ci marzyć, planować do woli, zmieniać plany, burzyć zamki z piasku. Moczyć stopy w słonej morskiej fali, skakać przez nią jak beztroskie dziecko. Śmiać się i płakać bez słowa wyjaśnienia, bez żenady i spiny, bo ktoś patrzy z boku. Zamknij oczy, poczuj siebie, otwórz je ponownie i zobacz: to jest twój świat, tylko twój własny.
Jesteś boginią. Lekką, słodką i o dobrym sercu, pełna pragnień, celów i marzeń, spragniona miłości, ciepła i odwzajemnienia. Odwdzięcz się sobie miłością. Kochaj tu i teraz. Twoje życie dzieje się tylko dziś. Jesteś w nim główną bohaterką, gwiazdą. Brawo! Świetnie! Bosko!
17.12.2022
Dodaj komentarz