Uwielbiam, gdy tata idzie na ryby. Nie ma go od popołudnia aż do następnego dnia do południa – prawie dwadzieścia cztery godziny spokoju. Często po takich wędkarskich wyprawach wraca podpity i zmęczony, więc śpi do wieczora. Wtedy mamy na dokładkę znowu parę godzin wolnych od jego krzyków.
Ryby są wtedy dla nas wybawieniem od jego szaleństwa. Czasami zabiera na ryby ze sobą Artura albo Tomka, ale niestety kończy się to nie najlepiej. Tomek jest jeszcze w miarę spokojny i siedzi na kocyku obok ojca, ale pod wieczór zaczyna tęsknić za mamą i chce wracać do domu, aby spać w swoim łóżku. Jest mu zimno tak bez ruchu i latem gryzą zawsze komary. Jest uczulony na ukąszenia owadów i puchnie, nie mówiąc już o tym jak go wszystko swędzi. Artur często dostaje od ojca wciry, bo nie siedzi spokojnie. Często rzuca kamieniem w wodę właśnie wtedy, gdy ryba bierze. Z opowiadań ojca wynika, jakby tylko przez Artura nigdy nie przyniósł do domu półtorametrowych szczupaków, wpadających na przynętę pana Janusza, a nie jego. Co nie jest prawdą, bo odkąd pamiętam nigdy niczego porządnego nie przyniósł oprócz płoci pełnych drobnych ości. Ojciec nie umie Arturowi niczego wytłumaczyć na spokojnie, tylko od razu zaczyna kląć i bić go, gdzie popadnie. Chyba po to go tylko bierze na wędkowanie, aby mieć na kim odreagować rozczarowanie samym sobą.
Tata próbuje wbić Arturowi w głowę, że wędkowanie to coś wspaniałego. Artura bardziej interesuje puszczenie kaczek na wodzie, bo chce się nauczyć je puszczać tak jak inne chłopaki. Ale tata tego też nie potrafi mu nawet pokazać. Ojciec nie ma do nas cierpliwości. Nie toleruje naszych śmiechów i zabaw. Kiedy jest w domu, musimy siedzieć cicho jak myszy pod miotłą. Jeden za wysoki ton, a już dostajemy baty za nic.
Kiedyś byliśmy sami w domu z Arturem i Tomkiem. Zaczęliśmy bawić się na łóżkach pod pierzyną, chłopaki okładali się poduszkami, a to było takie na niby, dla śmiechu. Strasznie nam się ta zabawa podobała, walczyliśmy ze sobą w zapale, przyduszaliśmy się poduszkami, budowaliśmy namioty. Nagle ojciec zerwał pierzynę, złapał nas za ręce, wyciągnął z tej kryjówki i pobił, nie pytając nawet, co robimy. Nie dało się mu wytłumaczyć, że się nie kłócimy, to jest tylko nasza zabawa. Nie chciał słuchać. Zresztą nikt z naszej trojki nie otwiera buzi bez jego zgody. Nikt nas nie pyta o zdanie, bo dzieci i ryby nie mają prawa głosu, tak nam wtłaczają do głów od najmłodszych lat.
Nadal nie mamy łazienki, bo nie ma pieniędzy na remonty. Kąpiemy się więc nadal w baliach, w takich starych metalowych wannach. Na naszym piętrze mamy swoją, a babcia swoją, ale dziadek, który żyje w separacji od babci, nie ma swojej, czasem pożycza od niej wannę. Babcia zawsze narzeka, że musi po nim szorować wannę, bo dziadek zostawia osad z brudnej piany.
Na Wigilię trzymamy karpia w naszej balii. Kupujemy go dwa, trzy dni przed świętami, stojąc w długich kolejkach. Ryby mają wyłupiaste oczy, a jak oddychają, otwierają szeroko usta, robiąc takie miny jakby były zdziwione.
Mama zabija karpia tłuczkiem do mięsa, wali go w głowę kilkakrotnie, a ryba odpowiada jej waleniem ogona w stół. Czasami karp wyślizguje jej się z ręki, a potem turla się po kuchni jak szalony. Raz karp wpadł pod łóżka, a potem pod kredens i turlał się tak śmiesznie. Zanosiliśmy się ze śmiechu, ale ojciec zaczął na nas wrzeszczeć, bo go nie mógł złapać. Więc padło na mnie wyciąganie obślizgłej półżywej ryby, bo ja jestem mała i mam najszczuplejsze palce, żeby ją wygrzebać spod mebli.
Kilka dni później podczas Wigilii nie tknę ani kawałka karpia, ani nawet galarety z niego, którą przed tym zdarzeniem lubiłam. Teraz się brzydzę.
Nie lubię ryb, zwłaszcza tych złowionych przez tatę. Czasami mają w brzuchu tasiemce, bo rolnicy wlewają gnojówkę do zalewu, a ludzie wrzucają śmieci. Często jak tata patroszy ryby sypie się też z ich środka ikra. Smażona ryba z ościami jest też okropna, bo śmierdzi i ma przeważnie strasznie dużo malutkich, cieniutkich ości, które trzeba wygrzebywać ostrożnie palcami i palce później śmierdzą długo rybą, nawet jak się umyje ręce.
Raz tata się zadławił ością. Mama biła go po plecach, żeby ją wypluł, a on wybałuszał przy tym oczy jak karp wigilijny. Wtedy w duszy czuję jakąś dziwną satysfakcję. Myślę przez chwilę, żeby mu się tak coś przytrafiło. Żeby ta ość stanęła mu w poprzek w gardle… Na zawsze… Ale to takie sekretne myśli, których nie wolno chyba mieć, gdy się jest grzeczną dziewczynką i dlatego nigdy nie wypowiem tego nawet na spowiedzi…
Dodaj komentarz