Oranżada 

Mój ulubiony obiad to ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Mogłabym tak jeść codziennie. Mama często podaje nam ten obiad, bo mamy chroniczny brak pieniędzy i nie stać nas na lepsze kąski. Nie wiem, czy w innych domach jest tak samo, ale u nas zawsze jakoś czegoś brakuje. Marzę o tym, żebyśmy kiedyś mogli w końcu żyć w dostatku. Chciałabym móc wypić oranżadę do obiadu. Taką czerwoną w butelkach z kapslem. Oranżadę kupujemy tylko na święta. Rodzice kupują całą skrzynkę, ale na naszą trójkę to i tak mało, zwłaszcza że jesteśmy jej tak bardzo spragnieni. 

Zarówno w Boże Narodzenie, jak i na Wielkanoc jest zimno i nie wolno nam więc pić zimnych napojów. Mama podgrzewa oranżadę w aluminiowym kubku, żeby nas gardła potem nie bolały. Zawsze, gdy jest zimno, wpada w histerię, jakby to był koniec świata. Ubiera nas na cebulę, że nie można się ruszać swobodnie lub w ogóle zabrania nam wychodzić z domu, żeby nas nie przewiało. Mieszkanie ogrzewa do takich temperatur, że można chodzić jak na golasa. Kiedy babcia Jasia do nas przyjeżdża, zawsze narzeka, że u nas tak gorąco jak w łaźni i że ona się u nas źle czuje i musi wracać natychmiast do domu, bo oblewają ją siódme poty. Mama tłumaczy jej, że to uderzenia gorąca, że to normalne w jej wieku. Na twarzy babci pojawiają się często kropelki wilgoci. Może poci się dlatego, myślę, bo nie daje rady długo wytrzymać w towarzystwie naszego taty. Jak większość ludzi.

Znowu babcia Wandzia uwielbia ciepło. Zawsze chodzi okutana w grube swetry, a kiedy ogląda telewizję, wkłada stopy do podgrzewanego buta. Marzę o takiej technicznej nowince. Babcia ma dużo fajnych rzeczy, lecz naszej trójce nie wolno ich dotykać. Zazdroszczę Agnieszce, że mieszka z babcią i może korzystać z tych dobrodziejstw. Babcia Wandzia używa też maty, która ogrzewa jej plecy. Leży na niej nawet latem. Mówi, że cierpi na ból pleców i tysiąc innych schorzeń. Najgorzej jest, gdy coś jej nie pasuje albo ciocia Krysia zaczyna rozglądać się za nowym narzeczonym. Wtedy w babci rodzi się niepokój, a z niego kolejna choroba.
Babcia i ciocia Krysia są nierozłączne. Chodzą razem do kościoła, mają wspólne koleżanki i razem spędzają praktycznie całe dnie. Babcia pilnuje cioci, by ta nie dala się znowu uwieść żonatemu mężczyźnie i nie zaszła z nim w ciążę. Bez ślubu! Została sama z dzieckiem i teraz żaden normalny facet jej nie chce. Tylko rozwodnicy albo wdowcy mogą okazać zainteresowanie kobiecie z nieślubnym dzieckiem. Musi się z tym pogodzić, że jest drugiej kategorii.
Dziadek grozi awanturami i biciem, gdy tylko pojawia się nowy zalotnik. Zawsze, kiedy ciocia chce umówić się z jakimś facetem, babcia boi się, że nadejdzie dzień, kiedy córka ją opuści i nagle dopadają babcię problemy z sercem, kuje ją w piersi jak przed zawałem. Mówi, że to wszystko przez nią i że jak się wykończy i wyląduje na tamtym świecie, to ciocia Krysia będzie wszystkiemu winna. Ciocia pewnie targana wyrzutami sumienia, nigdy poddaje się. Dopada ją depresja i od psychotropów tyje niemiłosiernie. Problemy z kręgosłupem powodują, że praktycznie nie wychodzi z domu. Siedzi otępiała i patrzy w telewizor, nieważne co w nim leci. Czasami mam wrażenie, że nawet nie zauważa zmiany programu i chyba też nie widzi, że jej czas także upływa. Nie chcę być chora i nieszczęśliwa jak ciocia, dlatego obiecuję sobie, że nigdy nie dam sobie zrobić nieślubnego dziecka. To by zmusiło mnie zostać tu w domu, u boku rodziców do końca życia.

Historii cioci nie opowiada się głośno, podobnie jak kryminalnej przeszłości naszego taty. Czasami uda podsłuchać mi się skrawków rozmów albo usłyszeć coś podczas kłótni. W kłótniach wszyscy klną i bardzo się obrażają. Nikt nie przeprasza potem za wypowiedziane słowa. W naszej rodzinie po prostu się milczy. Nie odzywa od innych przez lata.
Pojednania związane są najczęściej z narodzinami kolejnego dziecka. Panuje wtedy chwilowa atmosfera szczęścia i bliskości. I oczywiście w Wigilię trzeba przełamać milczenie, bo wtedy to nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem. W Wielkanoc też wypada się odezwać, bo się przecież chodzi w Wielkim Poście do spowiedzi i do komunii. Co powiedzieliby ludzie, jeśli nie stanęłoby się przed ołtarzem w kolejce po opłatek. W wiosce pomyśli się jeszcze, że u nas to tylko same kłótnie. Dlatego czasami dla świętego spokoju wyciąga się rękę. Bez słowa oczywiście…

W naszej rodzinie wszyscy wstydzą się wypowiedzieć na głos słowa „przepraszam”, zwłaszcza mężczyźni. Mężczyzna jest za silny, a słowo „przepraszam” wskazałoby tylko na jego słabość.
Za to nam dzieciom nakazuje się ciągle za coś przepraszać. Nawet za coś, czego nie zrobiliśmy i czasami w ogóle nie rozumiemy, o co dorosłym chodzi. Kogo przepraszać, za co, kto jest winny, kto niewinny. No i żeby coś dostać, coś osiągnąć, musimy ciągle przepraszać tatę. Mama powtarza nam: „Idź do tatusia i przeproś go, a dostaniesz to albo tamto…” Jego humor zależy też od tego, jak często będziemy się przed nim płaszczyć, żebrać o litość. Żeby dostać nowe spodnie albo buty. Żeby nas puścił pójść pobawić się u innych dzieci, też musimy najpierw przeprosić. Nie wiem, czy w ogóle rozumiemy, co znaczy „przepraszam”. Szastamy więc tym słowem na prawo i lewo, jak czymś bez wartości. 

Oprócz picia zimnej oranżady mama zabrania nam także latem jedzenia lodów, chociaż jest gorąco, a wszyscy wokół piją zimne napoje i jedzą lody. Musimy tylko patrzeć, bo lody według mamy powodują ból gardła, a od tego można dostać anginy. To z kolei oznacza wizytę u lekarza, zakup lekarstw i według mamy, marnowanie pieniędzy. Mama chce nas ostrzec przed wszystkimi możliwymi chorobami. Owoce prostu z ogrodu spożywamy tylko w ukryciu. Warzywa mama obiera nam ze skórki, żeby uniknąć problemów żołądkowych. Nawet pomidory sparza wodą, bo według mamy skórka z pomidora przykleja się do ściany żołądka, co może prowadzić do wielu chorób i nawet do wymiotów. Mama nie toleruje smażonych potraw, papryki, grzybów i przede wszystkim nowoczesnych, jak u ciotki Grażyny, która eksperymentuje z kuchnią. Mówi, że trzeba trzymać się tradycyjnych dań, dlatego u nas zawsze na pierwsze danie jest zupa, a na drugie ziemniaki z sosem lub jajkiem sadzonym albo z kwaśnym mlekiem. Czasem dla odmiany mamy placki ziemniaczane, które mama po usmażeniu układa na ligninie, żeby pozbyć się nadmiaru tłuszczu, który mógłby wywołać zgagę. Mama przewraca oczami, kiedy tata nie słucha jej przestróg i ostrzega go, że obżarstwo może się na nim zemścić, zatkać mu tętnice tak jak babci Wandzi, a także doprowadzić do przedwczesnego zawału, jak u dziadka Kazika. Tata jest przekonany, że wszyscy w rodzinie mamy to psychiczni, dziwacy, a babcia Jasia to hipochondryczka, która doszukuje się chorób. Babcia Jasia snuje bez wstydu opowieści o godzinach spędzonych na toalecie. Takie tematy są dla niej zupełnie naturalne.

Jej mama, prababcia Anna, siadywała na ławce przed domem i wołała: „Flaka nie mam, gówno do połowy”. Podobno w swojej wariacji zakopywała własne odchody do doniczek z kwiatkami. Kiedy pytam babcię, czy to prawda, że jej mama była taka dziwna, babcia wcale się tego nie wstydzi, ale okazuje swojej nieżyjącej już mamie wiele zrozumienia. Opowiada, że babcia miała bardzo ciężkie życie i że musiała usuwać wiele ciąż, ponieważ jej mąż, pradziadek Jan, zdradzał ją na prawo i lewo, i w każdej mieścinie miał z jakąś babką dziecko. Ta świadomość zniszczyła prababcię psychicznie. 

Tata, chociaż z wszystkich się wyśmiewa i we wszystkich widzi dziwaków, wcale się wiele od nich nie różni. Jemu też ciągle coś dolega, zwłaszcza kiedy musi pracować albo kiedy sobie popija. Jego głowa i żołądek źle znoszą alkohol, a on o tym dobrze wie. Nie umie jednak odmówić i często zagląda do kieliszka. A jak zajrzy, to nie umie znaleźć dna. Pije i w nocy rzyga. Mama sprząta jego rzygi, bo on się brzydzi i mógłby się jeszcze raz wtedy zwymiotować. On się wielu rzeczy brzydzi, dlatego mama się nie brzydzi. Tata powtarza, że ona nie może się niczego brzydzić, bo przecież jest pielęgniarką i pracowała i w domu starców i w domu dziecka, podcierając wszystkim dupska, więc czego ona się może brzydzić. Mama narzeka, ale i tak w końcu robi, co on jej każe. Kiedy mamy w domu grypę, tylko mama nie jest chora. Nawet jak ojciec nie ma symptomów, to i tak trzy dni chodzi i doszukuje się, co może mu dolegać. Kiedy powiem, że boli mnie gardło, jego też boli. Kiedy Artur dostaje gorączki i mama mierzy mu temperaturę, ojciec też każe dotykać sobie czoło, sprawdzać, czy nie jest rozpalony. Leży na kanapie, czeka na nadejście pierwszych symptomów i nie musieć niczego robić. Mama, lata na dwór, żeby zająć się kurami, kaczkami, a nawet jego gołębiami. Mama robi wszystko. Jakby była stworzona do życia bez odpoczynku. Jak nie ma roboty, to sobie ją stworzy. Zawsze coś wynajdzie, co trzeba załatwić. Czasami widzę ją umęczoną na końcu dnia. Czasami się skarży, jednak jej głos nie jest aż tak donośny, żeby spowodować w kimkolwiek wyrzuty sumienia…

Jedna odpowiedź do „Oranżada ”

  1. Awatar Janek Biegulski
    Janek Biegulski

    Święta to dla mnie po dziś dzień zjawisko społeczne którego pojąć nie mogę. Wszyscy spotykają się aby odegrać przypisane im role. Pełno w tej grze pozorów bo jak już będzie po wszystkim to wrócimy do tego, co było.

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz