Pewnego dnia zrozumiałam, że śmierć jest czymś, co również i mnie kiedyś spotka. Prędzej czy później przyjdzie przecież do każdego. Jak każdy na tym świecie, kto się urodził, będę musiał też umrzeć. Nie wiem dokładnie, ile mam wtedy lat, ale wiem, że ogarnia mnie przeogromny smutek. Może nawet płaczę. Pytam się mamy, czy to prawda, co mi po głowie chodzi. Czy to nieuniknione, pytam. Czy też muszę umrzeć? Szukam w jej słowach zaprzeczenia, a mama tylko odpowiada, że na razie nie muszę się tym martwić i że wszystko przyjdzie w swoim czasie, ale owszem, Pan i mnie kiedyś zabierze do siebie, do aniołków, do Matki Bożej. Krzyczę z rozpaczy: „Nie chcę! Nie lubię Pana Boga!”
Jej odpowiedź powinna być inna, taką jaką ja chciałabym usłyszeć. Czemu ze mną nie jest inaczej? „Przysięgam, że zrobię wszystko, co zechcesz…Będę zawsze żyła, jak należy, będę grzeczna… Panie Boże… Miej litość”, proszę go w myślach.
Zaczynam się zastanawiać, jak to będzie podczas umierania i czy to boli. Myślę o wszystkich pogrzebach, na których byłam z babcią, i o wszystkich ludziach, których już widziałam w trumnie. Nikt nie ma łagodnego wyrazu twarzy, ulgi czy leciutkiego uśmiechu. Myślę o małych dzieciach, które nie przeżyły nawet miesiąca. Leżały w białych trumienkach, w białych ciuszkach, takie drobinki niewinne. Wyglądały jednak dość strasznie, bo ich ciałka były sine i daleko im było do zdrowego wyglądu. Zapadnięte oczka, usteczka jak niebieskie niteczki i te fioletowe, maleńkie paznokcie… Pamiętam wszystko dokładnie. Każdy szczegół. Zwłaszcza gdy wieczorem zamykam oczy i myślę…
Kiedy ktoś umrze, przed pochówkiem na cmentarzu idziemy z babcią najpierw do domu nieboszczyka. Trumny trzyma się w pokoju stołowym. Na okna zawiesza się białe prześcieradła, telewizor wynosi się do kuchni, gasi się światło i siedzi się wokół trumny tylko przy świecach. Wieko od trumny stoi w kącie oparte o ścianę. Dopiero tuż przed pogrzebem, gdy już trzeba wychodzić, dokręca się je grubymi śrubami… Na zawsze… Na wieki wieków… W pomieszczeniu jest dziwny zapach. Tak pachnie śmierć u każdego, kto umrze. I nie ważne, czy człowiek był stary, młody czy dziecko. Rozpoznaję ten zapach bardzo dobrze. Babcia bierze moją rękę i kładzie moją dłoń na dłoni nieboszczyka. Trzeba się pożegnać z umarłym, by dusza mogła spokojnie odejść i żeby w nocy nie nachodziła żywych. Bardzo boję się śmierci. Nie mogę sobie wyobrazić, że pewnego dnia się już nie obudzę i że nie zobaczę tego wszystkiego, co mnie na co dzień otacza.
Najbardziej mi szkoda, kiedy pomyślę sobie, że nie będę wiedziała kwiatków, drzew i nieba. Rozglądam się wokół siebie i patrzę z uwielbieniem w przestrzeń pełną słońca. Czuję, jak jego promienie muskają mnie przyjemnym ciepłem. Śmierć jest taka zimna… I jak to kiedyś będzie, gdy wszyscy będą wiedzieć śnieg, deszcz, cieszyć się na cieplutką wiosnę, odczuwać na skórze topniejące płatki śniegu lub przyjemny wietrzyk we włosach, a ja? Co wtedy będzie ze mną na tamtym świecie? Odczuwam brak ciekawości nowym, nieznanym miejscem. Ciekawość, która normalnie zawsze mnie wypełnia i która przyprawia o dreszczyk emocji, daje miejsce innym uczuciom, przede wszystkim zazdrości… Zazdrość! Zazdrość czuję, o innych i o przyszłość beze mnie.
Chce mi się płakać, opowiadam to wszystko mamie. Mama mówi, że zawsze, kiedy rodziła dzieci, była bardzo szczęśliwa, ale też bardzo smutna. Myślała sobie bowiem, że gdy wydaje nas na świat, to naraża nas na nieszczęście. Przykro jej, że kiedyś, kiedy będziemy stare i chore, umrzeć nam przyjdzie pewnie w cierpieniu jak większości ludzi. Myślę o śmierci mamy. Tata mnie nie obchodzi, ale wiem, że nie chciałabym przeżyć chwili, kiedy mama będzie odchodzić.
Mamę kocham i kocham babcię i z ich śmiercią nie chcę się pogodzić. Mama jest starsza ode mnie o 20 lat. Liczę więc, że kiedy mama będzie miała 30 lat, ja będę miała 10 lat. Kiedy mama będzie miała 50 lat, ja będę miała 30 lat. Kiedy ja będę miała 50 lat, mama będzie miała 70 lat. Kiedy ja będę miała 70 lat, mama będzie miała 90 lat i to już naprawdę mało prawdopodobne, żeby osiągnęła taki sędziwy wiek. Nie znam nikogo we wsi, kto żyłby tak długo.
Ojciec babci Jasi dożył 89 lat. Wszyscy w rodzinie czekali, że będzie pierwszym długowiecznym człowiekiem we wsi, ale pół roku przed okrągłymi urodzinami umarł. Wiedział nawet, że umrze. Tuż przed śmiercią umył się, ubrał porządnie i położył do łóżka, gdzie czekał dwa dni, aż śmierć go zabierze. Co za przeczucie!
Ja bym chciała nie wiedzieć, kiedy przyjdzie moja godzina. Chciałabym umrzeć szybko i bezboleśnie, choć wiem, że to grzech śmiertelny. W kościele modlimy się o to, żeby Pan Bóg nie powołał nas do siebie niespodziewanie. Trzeba mieć przecież czas wyspowiadać się, przyjąć komunię i ostatnie namaszczenie. Czy może grzeszę przez to? Może… Ale w sercu, po cichu, przed całym obserwującym mnie srogim światem, chciałabym właśnie odwrotnie. Czy Pan Bóg jest aż tak miłosierny i zrozumie mnie choćby troszkę?

Dodaj komentarz