W naszej kuchennej szufladzie noże są posegregowane na te, które lubi mama, i te, których używać może tylko tata. Mama ma mały nożyk z drewnianą rączką i duży z czarną plastikową. Drewnianym obiera ziemniaki i warzywa. Duży nóż używa rzadko, tylko w soboty, kiedy patroszy się kaczkę albo kurę. Kury raczej rzadziej. Czeka się, kiedy przestaną się nieść. Kiedy już nie składają jajek, wtedy dopiero idą do garnka. Tata ma dwa noże. Tak zwany „kozik” i wielki nóż, przed którym odczuwam strach. Nie wiem, dlaczego moja dziecięca wyobraźnia podpowiada mi, że ten nóż mnie nie lubi. Wygląda tak złowrogo. Oba noże można rozpoznać jako należące do taty, bo są wyostrzone do połysku. Takie ostre, że szybko można się skaleczyć. Tata ostrzy je dokładnie co sobotę na kamieniu na podwórzu. Z wielką precyzją. Spluwa przy tym na kamień, bo podobno nóż jeszcze lepiej się wtedy ostrzy. Nie wiem. Może. Dziadek, jego tato, też tak robi, więc coś musi w tym być. Dziadek spluwa krótko i precyzyjnie w miarowych odstępach. Ostrzy i ostrzy, całe przedpołudnie. Tata podobnie. Tylko że stoi na naszej stronie podwórka, a dziadek na swojej. Ostrzą, sprawdzają, ostrzą, spluwają, miarowo, jeden po drugim, jak konkurenci. Tata kończy szybciej. Co nie znaczy, że lepiej. Dziadek jest we wszystkim bardziej wytrwały i zawzięty. A w ostrzeniu noży jeszcze bardziej czuć jego zawziętość. Bardziej od wytrwałości rzemieślniczej, której każdemu z nich brakuje. Nie odzywają się przy tym do siebie równie zawzięcie. Już całe lata. Nie patrzą na siebie i omijają się łukiem, odkąd dziadek rzucił się na tatę z widłami. Przed ostrymi szpicami wideł tata ochronił się cynową balią, która stała oparta o mur domu. Przygotowana do sobotniego kąpania. Chyba nikt tak naprawdę nie wie, o co im poszło. Od rana sypały się iskry niezgody. Jak przy zbyt szybkim ostrzeniu noży na kamieniu. Zgrzyty też były podobne. Widok był jak z filmu historycznego o Krzyżakach i rycerzach. Tata zakrywał się tarczą przed atakiem dziadkowej szpady. A ten napierał na niego rozsierdzony jak stary indor na podwórku u cioci Heli. Nie wiem, czy zrozumiałam powagę sytuacji, ale na pewno nie bałam się o ojca tak jak mama. Jedyne, co mną wstrząsało, to całe to łomotanie metalu o metal i pisk nieznośny dla uszu, jak przy ostrym hamowaniu na żwirze, którego nie znoszę. A to jest częsty odgłos, bo pod domem ciągle jeżdżą rozklekotane ciężarówki z betonem i piachem do budowy tamy na nowo powstającym zalewie niedaleko. Jeżdżę tam prawie codziennie z drugim dziadkiem. Starym starem odbiera mnie wcześnie rano. Nasz dom leży po drodze i dziadek co rano tędy przejeżdża. Zatrzymuje stara ze zgrzytem i chrzęstem. Otwiera drzwi samochodu i podsadza mnie na wciąż za wysoki fotel obok. Siadam na czarnym, skórzanym obiciu. Jest rozgrzane od słońca, ponieważ latem słońce parzy już od samego świtu. Czuję jak gołe uda kleją się do rozgrzanego skaju i pocą. Nie mówimy nic, ale każde z nas się cieszy. Z radości podskakuję na fotelu, który jest jak trampolina w cyrku. Na każdej dziurze na drodze, których dziadek wcale nie stara się ominąć, sprężyny fotela wybijają mnie aż pod sam sufit. Śmiejemy się z dziadkiem do rozpuku. Dziadek śmieje się tylko ze mną. Albo gdy gra w karty u brata Lucjana. W domu z babcią dopada go jakiś dziwny smutek. Kiedy już nie może znieść tego smutku, idzie do Lucjana na koniec wioski. Czasami chodzę razem z nim. Zawsze trzyma mnie za rękę. Po trochu dziadek ożywa i znowu jest wesoły jak w swoim starze podczas pracy. Codziennie robimy z dziadkiem przerwę około południa, kiedy słońce tak przyświeca, że w aucie dopadają mnie mdłości, a dziadkowi pot spływa po skroniach prawie ciurkiem. Jedziemy gdzieś do cienia. Otwieramy drzwi na oścież, żeby był przewiew. Powietrze dobrze nam robi. Gdy drzewa dadzą nam jako takie poczucie ochłody, dziadek wyciąga „wałówkę”, czyli drugie śniadanie i obiad w jednym. Codziennie puszka ryby. W oleju nie lubię, a tej w pomidorach troszeczkę uszczknę. Dostaję od dziadka piętkę chleba. Odkrawa ją aluminiowym nożem wyostrzonym do zgrabnego szpica. Żebym się nie skaleczyła, dziadek przezornie okręca nóż w starą szmatę i ukrywa go w schowku obok kierownicy. Dziadek też czasami ostrzy nóż na kamieniu. Wchodzi na hałdy zwiezionego żwiru, szukając takiego, który pasuje dobrze do jego ręki. Bo kamień nie może się wyśliznąć – mówi dziadek. Dziadek nie pluje na kamień, tylko pociąga po nim spokojnie i zgrabnie nożem, jakby grał na skrzypcach. Ten dziadek jest całkiem inny i inne ostrza noży wychodzą spod jego ręki.
Dodaj komentarz