Obok domu mojej babci w małej stajence stoją dwie krowy: czarnobiałe Łaciate. Babcia musi je doić, żeby było mleko na moją owsiankę albo kaszę mannę. I żeby krowy nie musiały cierpieć z przepełnienia wymion. Wchodzimy z babcią do stajni, a one witają nas głębokim „Muuu”. Na dzień dobry i na dobry wieczór. Od krów bije przyjemne ciepło i zapach świeżego obornika, który lubię, bo zawsze kojarzy mi się z byciem u babci. Ciepło bijące od nich jest podobne do tego, które wydziela babcia. Babcia siada na małym stołeczku obok pierwszej krowy, w głębokim rozkroku, tak że widzę jej kolana, co rzadko się zdarza, bo babcia zawsze nosi spódnicę i fartuch, które sięgają jej prawie do kostek. Kolana babci są kościste, choć babcia jest okrągła i pulchna. Jej skóra jest cienka, prawie przezroczysta, nigdy nie oglądana przez słońce. Dotykam jej nogi ciekawie i niby przypadkowo. Skóra jest naprawdę bardzo delikatna, tak samo jak na jej twarzy i dłoniach. Jej palce prawie wcale nie mają linii papilarnych. I choć dużo pracuje, wcale nie wyglądają na spracowane. Gdyby babcia nie była przy kości, można by powiedzieć, że jest krucha. Ale kruchość oddaje tylko jej dusza, która od czasu do czasu choruje. Krowy też mają kościste nogi i są bardzo spokojne jak babcia. Babcia podstawia wiadro pod wymiona, które najpierw oczyszcza mokrą ścierką, moją starą pieluchą. U babci niczego się nie wyrzuca, wszystko używa się przez lata, aż rzeczy prawie się rozpadną. Zanim pierwszy raz pociągnie za cycek krowy i poleci mleko, wierci się trochę na stołeczku jak kura na jajkach, żeby znaleźć właściwą pozycję. Babcia powtarza zawsze, że najważniejsze to usiąść porządnie, żeby krowa stała też spokojnie i czasami nie kopnęła. Potem doi po kolei ze wszystkich czterech cycków. Często chcę spróbować tak jak ona sprawnie pociągnąć za dojki, żeby leciało mleko, ale moje dłonie jeszcze ani niewprawne, ani nie silne, no i za małe, aby ująć dokładnie cały cycek w palce. Babcia pomaga mi, kładąc swoje dłonie na moje i ciągniemy razem. I wtedy leci troszkę białego mleka. Mówię, że to w tym wiadrze to teraz moje mleko. Podkładam kubek pod cycek krowy i dostaję ciepły napój z pianką. Taki nasz rytuał. Uwielbiam świeże mleko i za każdym razem cieszę się, kiedy pianka osiada mi na górnej wardze, a babcia śmieje się ze mnie, że mam wąsy jak dziadek. On nigdy nie chodzi do krów. To robota dla bab. Jednak, kiedy babcia trafiła do szpitala na wiele tygodni, dziadek musiał ją zastąpić. Chyba za bardzo mu się to nie podobało, bo kiedy babcia wróciła po chorobie, dziadek kazał babci sprzedać obie krowy. On już nigdy nie będzie ich doglądał, kiedy choroba znowu dopadnie babcię. Babcia słucha go, jak we wszystkim, jak każda kobieta we wsi swojego chłopa. Kolejnego lata już nie będziemy z babcią prowadzić jej własnych krów na pastwisko. Ale mimo wszystko upraszam babcię, żeby tam chodzić. Inaczej płaczę. Uwielbiam spędzać krowy późnym popołudniem do wioski. Wtedy wszystkie baby idą razem, a przed nimi krowy, zajmując i zasrywając całą drogę. Wtedy jest naprawdę wesoło i głośno od śmiechów, bo każda opowiada jakąś zabawną historię. Można usłyszeć najnowsze plotki, kto z kim i dlaczego. Zawsze dowiem się czegoś nowego. Wszystkie baby mnie lubią, więc czuję się wśród nich ważna i zarazem bezpieczna. Czasami chodzą ze mną i z babami jeszcze inne dziewczynki, które też mnie lubią i zawsze chcą się ze mną bawić, kiedy przyjeżdżam do babci. Babcia pozwala mi je zapraszać na podwórko i mogę się z nimi bawić aż do późnego wieczora. Inaczej niż moja mama. Mama nie lubi, gdy odwiedzają nas inne dzieci. Zresztą w domu nikt do mnie nie przychodzi ani do moich braci. Wszyscy boją się krzyków mojego taty. Jego wygląd już jest groźny. Tata jest duży, szeroki w ramionach, na których latem, kiedy chodzi po podwórku bez koszulki, oprócz tysiąca piegów widnieją także tatuaże. Piegi zdradzają, że ma w sobie geny rudego, czego on bardzo nie lubi słyszeć, choć jest blond-rudowłosy. Mama tym mu dopieka, kiedy się kłócą. Nie chce, żeby tak ktoś o nim mówił. Tak samo nie wolno poruszać tematu jego tatuaży. Portret mamy, niby mamy, jakaś dziwna Myszka Miki, litery i liczby, których znaczenia nigdy nie odgadnę, zapytać w życiu bym nie śmiała. Wiem trochę o jego przeszłości kryminalisty i wiem, że te dziwne malunki na skórze mają z nią coś wspólnego. Tata jest czasami jak rozjuszony byk, którego się boimy i którego omijamy wielkim łukiem. Także Monika, Patrycja i Marcin z Łukaszem, nasi najbliżsi koledzy. Nigdy nie mówią nam, dlaczego do nas nie chcą przychodzić. Zawsze jakoś się wykręcają, a ja wiem dobrze, o co chodzi. Wolą omijać mojego tatę. Zresztą ja i moi bracia lubimy bawić się bardziej u innych na podwórku. Tam, gdzie nikt nas nie przegania z kąta w kąt i w sumie wolno nam robić, co nam się podoba, nawet jeżeli w pobliżu są dorośli. Jedynie, gdzie się nie zachodzi, jest ogrodzenie byka. My mamy tatę, a oni mają buhaja. Czasami zastanawiam się, po co się w ogóle byki chowa. Krowy? Rozumiem, dają mleko i rodzą cielęta. Ale byki? Nie dają nawet smacznego mięsa i są niebezpieczne. Raz, kiedy babcia do nas przyjechała autobusem i szła z przystanku, byk jakoś wydostał się zza płotu i gonił ją przez pół drogi. Babcia miała czerwony beret, może dlatego, bo podobno byki reagują rozjuszeniem na ten kolor. Kiedy chodzę do Moniki się bawić, upewniam się więc, czy nie mam na sobie czegoś w tym kolorze. Istnieje powiązanie między rzeczami i sytuacjami. Często zastanawiam się nad przyczynami i skutkami. Często zastanawiam się też, jeżeli chodzi o naszego tatę nad związkiem niektórych rzeczy z jego zachowaniem. Na przykład taki wąs mojego taty. Modlę się, żeby nie wpadł na pomysł go zapuścić, bo wtedy zaczyna się czas jego okropnych humorów. Kiedy jest gładko ogolony, jest łagodniejszy. Albo taki sygnet. Kiedy wkłada go na palec, często kończy się tym, że przez dłuższy czas pije i staje się agresywny wobec nas i nawet wobec mamy. Sygnet podkreśla jego szlacheckie pochodzenie i tata przypomina sobie, że popełnił mezalians społeczny, jak to mówi, bo moja mama to chłopka. Jego prababka ze strony matki wywodziła się z litewskiej szlachty, a u mamy w rodzinie to same parobki, nawet nie prawdziwi rolnicy. Może to i prawda. Rodzice mojej mamy są naprawdę prostymi ludźmi, mówią inaczej, taką wiejską gwarą. Mnie to nie przeszkadza. A ojciec ma z tego niezły ubaw. Sam robi też wiele błędów, a gdy ma coś napisać, to zrzuca to na mamę. Wtedy zapomina, że jest chłopką prostaczką. Tata często po pijaku ubliża mamie, a ona nie umie się bronić i nas także nie bierze w obronę. Prosi go tylko usłużnie, żeby się uspokoił i poszedł do łóżka, bo wyspanie się ma mu pomóc znowu być normalnym. Mama zapewnia nas zawsze, że tata jak wytrzeźwieje, znowu będzie dobry, bo przecież on nas bardzo kocha. Kupuje nam jedzenie i dzięki niemu, mamy gdzie mieszkać. No i chodzi do pracy. Z tą pracą to jest różnie. Tata zmienia ją często. Od czasu do czasu wyjeżdża na zarobek za granicę, wtedy jest naprawdę najlepszy czas w naszym życiu. Ale to szybko się kończy, bo tata zawsze wraca niby z tęsknoty i przede wszystkim z braku pieniędzy. Nie umie nimi gospodarować, mówi o nim dziadek w kłótniach. Nigdy taty w normalnym stanie nie znałam i zastanawiam się nad tym, jaki byłby, gdyby był „normalnym tatą”, a nie takim rozjuszonym buhajem, którego omijamy na paluszkach. Nie mam żadnego wzorca i wyobrażenia ojca, męża, opiekuna, nawet jak zamknę oczy i marzę o innym, lepszym życiu, to nie wiem, u czyjego boku. Chyba najlepiej sama. Mimo wszystko marzę sobie, bo nikt nie zna i nie odkryje moich myśli o spokojnym dzieciństwie, beztrosce i o takim tacie, który nosiłby nas na rękach. Marzę w samotności o innym domu tylko z mamą i braćmi, chociaż wiem, że inne życie już nam się nie przydarzy. Na tyle jestem mądra, żeby to zrozumieć, że muszę tam tkwić, gdzie się urodziłam. Czasami pytam się, dlaczego właśnie mi się to przytrafiło. Czemu Pan Bóg jest taki niesprawiedliwy i okrutny? Nie chcę wiele od niego. A może byłoby mi lepiej żyć w innej rodzinie, ale wtedy dopada mnie smutek, gdy myślę, co by było z Arturem i Tomkiem, przecież nie mogłabym ich zostawić samych. Marzę o przyszłości, ale tylko mojej własnej. Czasami też boję się moich odważnych marzeń. Boję się popuścić wodze fantazji, bo zataczam w tych hardych myślach ogromne kręgi, które bardzo oddalają mnie od domu. Kiedyś marzyłam tylko o wyprowadzce do babci, kiedy będę duża. Byłoby bezpiecznie, chociaż bardzo biednie. I ciągle zimno w sypialni na górze. U babci tam, gdzie się śpi, nie ma pieca. Ale u babci mogłabym przecież przeżyć. Kiedyś zaczynam marzyć o średniej szkole, o maturze i o studiach. Na pewno dzięki temu udałoby mi się z domu jeszcze dalej uciec. No i może poznałabym przyszłego męża nie ze wsi tylko z miasta. W to jakoś najmniej wierzę, bo kto mnie pokocha? Taką brzydką i beznadziejną? Poza tym boję się mężczyzn. Nie ufam im, bo widzę, co się dzieje dookoła. I w domu, i w rodzinie, i po sąsiadach. Myślę, że kobiecie jest ciężko trafić na kogoś o gołębim sercu. A ja takiego bym właśnie chciała. Cichego i spokojnego, żadnego tam buhaja rozjuszonego. Chciałabym, żeby mnie po prostu kochał i tylko mnie obściskiwał, a nie obce baby na wiejskich festynach. Żeby nie pił i nie bił, i nie darł mordy na nasze dzieci. No i żeby jeszcze czytał. Fajnie by było, gdyby lubił koty i psy. Często wspominam niedoszłego narzeczonego mojej cioci, pana Mirka. Nie zapomnę, jak turlał się po trawie z Pimpkiem, psem cioci. Nigdy nie widziałam faceta, który bawiłby się ze zwierzętami. Od tej pory, gdy marzę o przyszłym mężu, często właśnie pan Mirek staje mi przed oczami. Wysoki, ciemne włosy, czarne oczy i łagodne spojrzenie. Całkowite przeciwieństwo taty. Żadnych tatuaży i sygnetów, i niczego, niczego na pokaz. Mirek pochodził z Katowic. Lekarz. Do Katowic jest bardzo, bardzo daleko. Chciałabym, żeby mój przyszły mąż zabrał mnie jak najdalej od domu. Ale to są tylko zbyt odważne marzenia wiejskiej dziewczynki…
Dodaj komentarz