Pierwsze pojazdy

W komórce, na kupie węgla, leży mój stary trójkołowy rowerek. Czerwony, z szarym siedzonkiem ze skaju. Prawie trójkątnym, szerokim, wyglądającym całkiem wygodnie. Okryty pyłem od koksu i węgla, zapomniany przedmiot moich ulubionych zabaw po południu. Krążyłam na nim po wybetonowanym podwórku i wokół dziadka, centrum mojego świata. Dziadek jest moim słońcem, a ja jego najbliższą planetą. Dziadek przychyla mi nieba. To od niego ten mały czerwony rowerek i potem drugi, i trzeci. Drugi dostałam na szóste urodziny. Pixi. Na dwóch kółkach, bo jestem starsza i muszę się uczyć jeździć bez bocznych kółek. Kiedy dziadek zauważa, że się boję, dostaję jeszcze boczne kółeczka na początek, żeby nie było od razu tak strasznie. Dziadek mówi jednak, że muszę się uczyć i próbować jeździć jak inne dzieci. Ale inne dzieci są szybsze ode mnie. Odważniejsze i bardziej wysportowane. Ja boję się upaść, podrapać kolana, boję się bardzo bólu. Wolę ostrożność i żeby ktoś mnie z tyłu trzymał za siodełko. Ale nie tata, bo on zaraz będzie krzyczał, a ja wtedy boję się jeszcze bardziej i zupełnie odechciewa mi się jazdy rowerem. Lepiej z mamą. Mama ma cierpliwość i nie bije za błędy. Trzyma mnie z tyłu i biegnie tak szybko, jak szybko potrafię pedałować. Mama stara się dotrzymać mi kroku. Zerkam przez ramię, aby cały czas była w pobliżu. Codziennie po południu ćwiczymy na ulicy, która prowadzi do drugiej wioski. Późnym popołudniem rzadko zdarza się, aby jechał jakiś samochód. Idziemy więc na rowery całą grupą. Przychodzi też wtedy Arek, który przyjechał do babci na wakacje z Wrocławia. Jestem w nim zakochana po same uszy i chcę wypaść przy nim jak najlepiej. Staram się trzymać prosto w siodełku i jechać po prostej linii. Nawet mi to wychodzi. Arek biegnie obok i woła: „Dalej, dalej, teraz sama, jedź bez mamy!” Chciałabym jechać bez mamy, ale boję się nawet pomyśleć o samodzielnej jeździe. Strach przed upadkiem i bólem jest większy. Spoglądam przez ramię. Mama została daleko z tyłu! Puściła mnie i idzie sobie z tyłu spokojnym krokiem. Przerażenie ogarnia mnie nagle takie, że od razu chwieję się w siodełku i z impetem zjeżdżam do rowu. Tracę równowagę. Upadam razem z rowerem. Ryczę jak bóbr, czuję, jak pieką mnie dłonie i kolana. Arek śmieje się, zatacza się wprost ze śmiechu. Jestem taka niezdarna i głupia. Najchętniej zapadłabym się teraz pod ziemię. Mama podnosi mnie i śmieje się razem z resztą. Wszyscy mają niezły ubaw, chociaż mi łzy po policzkach lecą jak grochy. Nienawidzę ich. Uciekam do domu. Ćwiczę kolejnego dnia tylko z mamą, aby nikt nie widział ewentualnej katastrofy. Potrzebuję dłużej niż inne dzieci, żeby nauczyć się samodzielnie jeździć na rowerku. Kiedy jeżdżę już całkiem dobrze bez kółek, rower niestety staje się już za mały. Po mnie przejmuje go Artur. A jemu wszystko pali się w rękach i nawet nie wiem, kiedy mój rower staje się kupą złomu. Popsuł się, a tata nie spieszył się nigdy z naprawą rzeczy. On nigdy nic nie chciał nam naprawić. Dziadek nie wtrącał się w nasze sprawy domowe, więc Pixi leżał kilka miesięcy pod płotem w słońcu i w deszczu, a potem i w śniegu. Wiosną nie było już czego ratować. Kilka lat czekam na nowy rower. W domu obiecują mi, że na komunię dostanę na pewno, a to jeszcze naprawdę dużo czasu. Pożyczam od innych dzieci, żeby trochę pojeździć i żeby nie zapomnieć, jak się jeździ. Nie każdy chce pożyczać swojego roweru. Najczęściej jeszcze Piotrek. Inne dzieci boją się wypożyczać cokolwiek, bo gdy się coś u nas na wsi zepsuje, to ciężko jest potem naprawić, bo do sklepów daleko. I do miasta jechać po części nie jest łatwo. Rzadko jeździ autobus. Tata zabrania nam tykać nie swoich rzeczy. Nie wolno nam także naszego pożyczać. W zimie wypożyczam jednak Marcinowi moje nowe sanki. Tata przywiózł je z NRD, kiedy był na delegacji. Nie trwało to długo, a pulchny Marcin złamał płozy w sankach. Kiedy wróciłam pod wieczór do domu, dostałam za to lanie, chociaż to nie ja byłam winna. Tata wysłał mnie do jego rodziców, żeby naprawili moje sanki albo oddali za nie pieniądze. Mam je wziąć i zanieść do Marcina do domu i bez rozwiązania nie wracać. To, czego tata ode mnie wymaga, jest gorsze od bicia. Nie mam odwagi pójść do sąsiadów i powiedzieć im coś takiego. Nawet jeśli się powinno. Wstydzę się okropnie takich rozmów. W nocy nie mogę spać, wyobrażając sobie, że kolejnego dnia trzeba będzie jakoś załatwić tę sprawę. Proszę mamę, aby pomogła. Odmawia. Też się wstydzi. Chcę ubłagać ojca, aby odpuścił sobie. Ten jednak drze się, że ani mowy nie ma i że mam od razu zabierać dupę w troki i iść, i bez kasy nie wracać. Stoję pod domem Marcina i płaczę. Nie jestem w stanie porozmawiać nawet z jego mamą, która naprawdę jest miła. Czuję taki wstyd! Okropny wstyd! Najlepiej byłoby zapaść się pod ziemię. Nie umiem wycedzić z siebie ani słowa. Wychodzi Marcin, a za nim Patrycja. Mówię, po co przyszłam, i że to tata mnie wysłał. Mama Marcina woła mnie do środka. Uciekam. Zostawiam sanki przed ich wejściem i krzyczę, że wrócę po nie jutro i że muszą być znowu całe. Kolejnego dnia odbieram nadal zepsute sanki i muszę przekazać tacie, że pieniędzy też nie będzie, bo nie mają z czego oddać. I znowu awantura i krzyki, i bicie. Sanki lądują w szopie na trocinach. Moje pierwsze i ostatnie sanki w życiu. Potem jeżdżę już tylko na worku po nawozie wypchanym słomą, takim z plastiku. Jak inne dzieci, te, które naprawdę są biedne. Na szczęście Artur dostaje kolejnej zimy sanki na metalowych płozach. Takie nie pękną tak szybko. Jeździmy we dwójkę. Ale tylko Artur może siedzieć z przodu i kierować. Zgadzam się, nie mam wyjścia. W końcu to jego sanki.

Dodaj komentarz