List do rodziców

Drodzy Rodzice,

Piszę ten list, aby wreszcie otwarcie powiedzieć to, co od lat we mnie siedzi.

Robię to nie z żalu, nie z nienawiści, ale z potrzeby uwolnienia siebie i swoich emocji.

Potrzebuję Was o coś prosić — o zostawienie mnie w spokoju i pozwolenie mi na własne życie.

Przez całe dzieciństwo i czas dorastania w naszym domu panowała przemoc — psychiczna i fizyczna.

Ojciec był brutalny, dopuszczał się rękoczynów, poniżał nas, zamiast budować w nas poczucie wartości.

Mama niby nas broniła, ale nigdy naprawdę nie stanęła po naszej stronie.

Częściej niż obrona było milczenie lub oczekiwanie, że to my się dostosujemy. Przeprosimy. Często nie wiedząc za co.

Nigdy nie zbudowaliście między nami prawdziwej więzi i przez to my jako rodzeństwo też jej nie mamy — przeciwnie, rywalizacja, brak wsparcia i atmosfera napięcia oddaliły nas od siebie.

Zamiast być rodziną, staliśmy się samotnymi wyspami.

Każdy z nas tęsknił jednak za rodzinną sielanką. Któż by takiej nie chciał? Myśleliśmy, że może jeszcze się coś da nadrobić. Wciągnęłam później moje własne dzieci w tę grę, nie ochroniłam ich tak, jak powinnam.

Kiedy przyjeżdżały do Was były świadkami tej samej nieprzerwanej od pokoleń przemocy emocjonalnej — widziały, jak ojciec bił Mariusza i Dorotę, jak obrażał się na wnuki, karząc je, nie odzywając się do nich, tylko dlatego, że odważyły się mieć własne zdanie lub zachowały się inaczej, niż sobie to wyobraził.

Każde ich naturalne, dziecięce zachowanie spotykało się z warczeniem lub odsunięciem, jakby dzieci były zobowiązane czytać w myślach dorosłego i spełniać jego nierealne oczekiwania.

Mama, choć nie krzyczała na wnuki, wprowadzała własne toksyczne mechanizmy — każda oznaka braku “wdzięczności” była odbierana jako brak miłości.

Jeśli dziecko nie było wystarczająco miłe czy czułe lub broń Boże, miało własne zdanie, które jeszcze głośno wypowiedziało — automatycznie było uznawane za niewdzięczne.

Nigdy nie rozumieliście, że dzieci mają prawo być dziećmi, a dorośli są odpowiedzialni za ich emocjonalne bezpieczeństwo.

Przez całe życie zmuszano nas do udawania — mieliśmy okazywać szacunek, nawet jeśli byliśmy ranieni, psychicznie i fizycznie.

Ojciec próbował wymusić na nas miłość, której nie da się zadekretować siłą.

Miłość buduje się poprzez troskę, rozmowę, bezpieczeństwo, a nie przez strach i przemoc.

Mam też pełną świadomość, jak wyglądał i nadal wygląda mechanizm Waszego działania:

Kiedy któreś z nas — ja lub któreś z mojego rodzeństwa — wyjeżdżało od Was po wizycie, natychmiast zaczynaliście obgadywać nas przed innymi członkami rodziny.

Opowiadaliście, jak źle się zachowaliśmy, jak byliśmy pyskaci, niewdzięczni, jak Was ranimy i nie kochamy.

Przedstawialiście sytuację tak, aby to my — dzieci — byliśmy źródłem problemu. Żeby inni myśleli, że to z nami „coś jest nie tak”, a nie z Wami i z tym, jak byliśmy traktowani.

W ten sposób próbowaliście zrzucić z siebie ciężar własnych wyrzutów sumienia i odsunąć odpowiedzialność za to, co naprawdę się stało i działo.

Zamiast zmierzyć się z prawdą o tym, jak ile krzywdy nam wyrządzono, woleliście budować fałszywy obraz siebie jako skrzywdzonych rodziców.

To dawało Wam chwilowe poczucie ulgi, ale pogłębiało przepaść między nami. Powodowało, że zaufanie, które już i tak było kruche, rozpadało się całkowicie.

Przez takie działania zniszczyliście w dużej mierze szansę na prawdziwy, szczery kontakt, oparty na wzajemnym szacunku i zrozumieniu.

Prawda jest taka, że od lat nie mam już potrzeby utrzymywania z Wami kontaktu.

Wasza obecność oznacza dla mnie stres, napięcie i powrót do bolesnych przeżyć.

Każda rozmowa, każda wizyta u Was to trzymanie języka za zębami, bo inaczej skończy się awanturą. Każda taka moja wizyta, którą składałam Wam, bo wypada, bo przecież jesteście rodzicami, powodowała we mnie odruchowy wstyd za moje własne zakłamanie, za wyparcie się moich własnych uczuć, wyrzuty sumienia, lęk, poczucie niższości, z którymi walczyłam przez całe życie.

Żyję od 24 lat za granicą. Nie wiecie, jak wygląda moje życie.

Nie wiecie, przez co przeszłam, jakie choroby mam, jakie trudności pokonywałam samotnie, wychowując troje dzieci i pracując na pełny etat. Co lubię, czego nie, co mnie interesuje, jak spędzam czas. Nie, jakim samochodem jeżdżę, ile zarabiam i jak wredna potrafi być moja była teściowa.

To, co o mnie myślicie, to tylko Wasze wyobrażenia — nieprawdziwe i niesprawiedliwe. Tak – nie mówiłam Wam nigdy o sobie zbyt wiele. Żeby dzielić się z kimś moimi osobistymi przeżyciami, musze mieć do tej osoby zaufanie. Niestety, do Was go nie mam. Od Was wychodzi zawsze tylko ocena, „dobra” rada zgodna z Waszym spojrzeniem na świat, z Waszymi zasadami, z Waszym osobistym kodeksem moralnym. One nie pasują do mojej rzeczywistości. 

Nie rozumieliście i nie akceptowaliście też naszych partnerów i partnerek.

Zawsze byli „nie tacy”, zawsze znajdowaliście w nich coś złego.

Ale to nie świat wokół Was był niewłaściwy — to Wasze własne kompleksy i lęki nie pozwalały Wam otworzyć się na ludzi.

Nie pozwoliły tez Wam na refleksję, czemu Wasze dzieci wybrały sobie takich a nie innych partnerów.

Nie chcę już brać udziału w tej spirali.

Jeśli dziś widzicie we mnie jedynie osobę „przemądrzałą”, „wredną” czy „niewdzięczną” — to nie dlatego, że taka moja natura.

To dlatego, że nie mam już siły. Nie mam zamiaru udawać.

Każdy powrót do Was był powrotem w miejsce, w którym tyle razy mnie skrzywdzono.

Wybrałam własną drogę.

Mam prawo do swojego życia, do spokoju, do zdrowia.

Mam prawo do relacji, w których jest szacunek, szczerość i zrozumienie, a nie strach i udawanie.

Nie będę już zabiegać o Wasze uznanie.

Nie będę przepraszać za to, że żyję inaczej, że czuję inaczej, że wybieram inaczej.

Proszę, pozwólcie mi iść własną drogą.

Bez wyrzutów, bez presji, bez oceny.

Jeśli kiedykolwiek naprawdę poczujecie skruchę, jeśli kiedykolwiek padnie z Waszych ust szczere „przepraszam” — wtedy może możliwy będzie dialog.

Ale dopóki wszystko, co słyszę, to wyrzuty i oceny, proszę — zostawcie mnie w spokoju.

Chcę żyć.

Bez lęku.

Bez wstydu.

Bez ciągłego poczucia winy.

Bez zastanawiania się, jak Wam dogodzić.

Nie będę wyrzekać się siebie, tylko dlatego, że chcecie się lepiej poczuć. 

Dodaj komentarz