List do dziewczyny

Moja wrażliwa duszo…

Moja dziewczynko, moja dziewczyno, moja kobieto…

Piszę do Ciebie, bo wiem, że przez całe życie byłaś tam: schowana, niewysłuchana, niedostrzeżona. A ja… ja przez tyle lat odwracałam od Ciebie wzrok. Nienawidziłam Cię, bo byłaś taka, jaka byłaś. Sprawiałam Ci ból – codziennie, tysiąckrotnie. Okrutny. Jakbym była katem, a nie człowiekiem. I to tym, który przecież powinien być Ci najbliższy.

Wstydziłam się Ciebie. Twojej niedoskonałości. Nie chciałam widzieć Twojego bólu, bo był zbyt blisko. Bo był moim własnym bólem.

Ale teraz jestem gotowa. Teraz chcę Cię w końcu usłyszeć.

Wiem, ile krzywdy Ci zrobiłam.

Nie potrzebowałaś surowej oceny – potrzebowałaś miłości.

Nie potrzebowałaś walki o doskonałość – potrzebowałaś odpoczynku i czułości.

Zamiast tego nauczyłam się Cię nienawidzić siebie. Zasiałam w Tobie wstyd i obrzydzenie.

To ja byłam pierwszą osobą, która Cię odrzuciła.

Nienawidziłam Twojego ciała – Twojej twarzy, szerokich policzków, wypukłego i wysokiego czoła, kształtu głowy, marnych włosów, wystających dziąseł… nawet fałdki na wiecznie za grubym brzuchu.

Wschodnich rysów, ukraińsko-kaukaskich – bo przypominały mi ojca, od którego doświadczyłam tylko bólu i lęku.

Ale przecież to była Twoja twarz – moja twarz.

I przez to, że jej nie akceptowałam, nienawidziłam samej siebie.

Latami walczyłam z tym, jak wyglądam.

Czułam się gorsza. Obca – w ciele, które wybrała moja dusza.

W pogoni za pięknem, którego nigdy w sobie nie czułam, zniszczyłam relację z własnym ciałem.

Wpędziłam Cię w zaburzenia odżywiania. Głodziłam, karałam, ukrywałam pod zgrzebnym ubraniem, odchudzałam amfetaminą.

A to wszystko dlatego, bo tak bardzo pragnęłam miłości.

Chciałam, żeby ktoś mnie pokochał i żebym mogła ją wreszcie poczuć –

ale zamiast doświadczenia miłości, wchodziłam w związki, w których jej nie było.

Wybierałam ludzi, którzy mnie nie widzieli, nie doceniali, nie troszczyli się.

Bo ja sama siebie nie kochałam.

Nie szanowałam się.

Jak ktoś inny miał mnie pokochać, skoro ja siebie nienawidziłam?

Pozwalałam innym Cię ranić i znieważać. Przekraczać twoje granice. Oszukiwać, zdradzać, wykorzystywać naiwność i dobre serce. Bo wierzyłam, że na to wszystko zasługujesz.

Wierzyłam, że muszę być silna, lepsza, idealna – żeby mieć jakąkolwiek wartość.

Ale nigdy nie dałam Ci prawa być sobą.

Nigdy nie dałam Ci odpocząć.

Twoje ciało było moim wrogiem.

Nie słuchałam go. Nie czułam go.

Przez lata istniało tylko po to, by coś udowodnić.

A dziś? Dziś boli.

Czuje wszystko.

I dopiero teraz – po latach przemilczeń – mówi do mnie dobitnie i zaczynam je słyszeć.

Zaczynam się z nim łączyć.

Zaczynam widzieć, że to ono mnie przez wszystko niosło – mimo tego, że tyle razy je ignorowałam, karałam, nienawidziłam, zawiodłam.

To, co dziś wiem – to, że zrobiłabym wszystko inaczej.

Chroniłabym Cię.

Szłabym z Tobą za rękę.

Nie pozwoliłabym Ci się nienawidzić.

Nie pozwoliłabym sobie samej Cię niszczyć.

Dzisiaj patrzę na Ciebie inaczej.

Widzę Cię jako piękną, autentyczną osobę, która chciała tylko być widziana.

I choć tyle lat Cię ignorowałam –

teraz wracam.

Wracam z miłością.

Wracam, by Cię objąć.

Wracam, by powiedzieć: już nigdy Cię nie zostawię. Że przepraszam za wszystko.

Już nie musisz być perfekcyjna.

Nie musisz się wstydzić.

Nie musisz zasługiwać na miłość.

Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś.

I jesteś piękna – naprawdę piękna.

Utulam i kocham całego serca,

Ja – czyli Ty.

Ty – czyli Ja.

Ja.

Dodaj komentarz