Świadectwo

Poszła do szkoły w M. i przestała być najlepsza. Wzorowa uczennica. Wyszło szydło z worka, że połowa jej sukcesu w małej wiejskiej podstawówce to, po pierwsze, tylko kilku uczniów i kilka uczennic — mała konkurencja, a po drugie — wchodzenie w dupę głośno krzyczącej starej nauczycielce. Złamany kręgosłup łatwo dostosowuje się do całej gamy wrzasków, którymi stara małpa zasypuje dzieci.

Andżelka wie, że gdy wyprostuje się jak struna, położy rączki grzecznie na ławce, dobrze schowa tylko obgryzione do krwi pazurki, żeby stara małpa nie zauważyła, zrobi minę, jakby wszystko zrozumiała najlepiej z całej klasy i uśmiechnie się półgębkiem — bo jakiś cymbał nie odpowie na pytanie pani, wtedy będzie miała szansę brylować. Złapie okazję, by się pokazać, jaka ona jest mądra. A odpowiedź jaka oczywista, prosta, tak jak prościutko przycięta nad czarną kreską brwi jej grzywka.

Tworzy równiutką linię na zbyt okrągłej, dziecięcej buzi. Twarzy jak piłka. Piłek nie lubi, bo z wuefu jest najgorsza. Nieelastyczna, powolna, strachliwa i zawstydzona, że nie może być najlepsza. Że tu nie można się podlizać. Jak nie wychodzi fikołek lub skok przez kozła, to po prostu nie wychodzi.

W nowej szkole, gdzie rozmiar klasy powiększył się do trzydziestu bachorów, jest z wuefu na szarym końcu. Nawet z matmy przestaje nadążać. Zwłaszcza że taka jedna — wcale nieładna, też trochę pulchna, ale pyskata i pewna siebie — nadaje w matmie niesamowite tempo. Roztrzaskuje każde zadanie tak, jak tata suche polana siekierą na pieńku. A pani dorzuca nowe. Dorzuca, a mała Andżelka nie nadąża. Sapie strudzona, wykręca szyję, żeby podejrzeć od Edyty, matematycznego pulchnego geniusza. A ta zakrywa łokciem, nie chcąc stracić pierwszego miejsca, które — zdaniem Andżelki — zawsze do niej przecież należało.

Do pani od matmy nie można się podlizać. Nie można opowiadać jej śmiesznych rzeczy, z których pani od rosyjskiego i ta od biologii śmieją się do rozpuku. Pani od matmy jest skoncentrowana tylko na swoim przedmiocie. Liczy się tylko matma i poprawny wynik. Nie daje ocen za darmo i nie naciąga.

Andżelka ląduje nagle wśród średniaków i tego nie może zdzierżyć. Spada w rankingu najlepszych. Czeka na koniec roku i zbiera dwie czwórki na świadectwie. Jeszcze może mieć czerwony pasek. Tym razem się udaje. Ale czemu czwóra z wuefu? Przecież pan obiecał piątkę, żeby nie psuć średniej. Zapomniał. Debil.

Andżelka dopisuje więc „b.” przed słowem „dobry”. Źle to jednak wygląda. Pulchny matematyczny fenomen kwituje to słowem: „fałszerstwo”. Każdy by się domyślił, że Andżelka dopisała, więc maże wszystko gumką. Poprawia. Wydziera przy tym małą dziurkę na dokumencie, dokładnie tam, gdzie na odwrocie widnieje czerwony pasek.

Zasrane gówno.

Dostanie lanie. Stary się domyśli. Najchętniej utopiłaby to świadectwo, tak jak inne zeszyty, gdzie pani coś pokreśliła, w starym kiblu na podwórku. W śmierdzącej latrynie. Od jakiegoś już czasu zaciera tym sposobem swoje niedoskonałości. I zapobiega laniu. Za poprawki, czwórki, czerwone kreski długopisów wrednych nauczycielek, które nie wiedzą, że ich jeden czerwony szlaczek może tyle znaczyć. Że boli. Że siniaczy.

Tnie skórę na dupie.

Andżelka pokazuje świadectwo mamie i tłumaczy czwórki. Niesprawiedliwość ze strony pani od matmy i pana od wuefu. Przecież nadal jest dobra. Prymuska. Prawie.

Dla mamy to nic nie znaczy. Jakby nie dotarło…

Przed ojcem chowa świadectwo pod łóżkiem. Omija go wtedy łukiem, żeby nie przypomniał sobie, że dziś ostatni dzień szkoły.

Aż przychodzi dziadek na górę. Stary dziad! I nagle – pierwszy raz w życiu się interesuje. Że niby szkoła taka ważna. I chce zobaczyć świadectwo.

W trwodze odpowiada, że musi iść zbierać trawę dla królików, bo idzie deszcz, a od mokrej dostaną skrętu kiszek. Omija tym sposobem natrętność starego dziada.

Ojciec może zapomni. Albo może zapije, bo widziała go dziś z Fredkiem. Zeszli wcześniej ze spycha z roboty.

Ojciec rozczarowuje. Jak zawsze. Tym razem, bo nie wypił. A to jeszcze gorzej — gdy chciał, a nie mógł, bo niczego do wypicia nie było.

W złym humorze wkracza do akcji akurat wtedy, gdy Andżelka siedzi przy kolacji razem z braćmi.

— Wyciągnij świadectwo — słyszy.

Andżelka udaje, że spadło jej jajko z kanapki i nurkuje za nim pod stołem. Roztrząsa plasterki jajka, wszystkie, które były na kromce. Kruszy dokładnie, aby było długo co zbierać. Żeby tylko odsunąć moment pokazywania świadectwa.

Nie da rady przeciągnąć jednak tego momentu w nieskończoność. Stary chce je zobaczyć.

Więc Andżelka nurkuje tym razem w pokoiku obok kuchni, tak małym jak królicza klatka na dworze. Ale szuka tak długo, jakby przeszukiwała dom pani Janki, nowo wybudowany, dwupiętrowy. Dobrze wie, gdzie schowała świadectwo — że potrzebuje trzy sekundy i ma je w ręku.

Dać musi spokój z tym szukaniem na niby, bo wprowadzi starego w szał jeszcze gorszy.

Łapie oddech, wychodzi. Kładzie je na stole.

Kładzie niezgrabnie na ceracie poplamionej herbatą z cukrem, sfałszowane świadectwo. Szuka największej plamy i rozkłada dokument, tak aby brązowa ciecz przykryła ślady fałszerstwa.

Dostaje po łapach. Za niby niezgrabność. Na razie po łapach, więc wszystko jest dobrze.

Niestety, stary widzi. Dostrzegł. O matko!

— Co to?

Andżelka się tłumaczy. Opowiada jakieś brednie, że śmiać się można w głos do rozpuku z jej bajek. Stary się prawie krztusi. Złość czuć w jego głosie, więc Andżelka już drży w środku i patrzy na talerz pełen kanapek z jajkiem. Czy stary na nie tym razem nie patrzy? Przecież lubi takie kanapki. Może mama zapomniała o szczypiorku?

Czemu takie myśli toczą się teraz po głowie? Jakby kanapki z jajkiem miały jej w czymś pomóc.

Cuda się jednak zdarzają.

Stary nie bije.

Chwyta za kanapkę. Okruchy żółtka toczą się najpierw po ceracie i potem wprost pod jego stopy.

Rzuca się na kolana — oczywiście Andżelka. Zbiera co do ostatniej kruszynki rozwalone jajko. Wdzięczna. Komu? Jajku? Okruchom? Wszystko jedno! Opatrzności za odwrócenie uwagi pana, którego stóp klęczy taka malutka nagle. Skulona.

Andżelka. Pisklę zastraszone.

Dodaj komentarz