Egzaminy

Andżelka nie wie, co jest ważniejsze: egzaminy do liceum czy może wyjazd do miasta. Zmiana szkoły i spotkanie innych ludzi, innej młodzieży. Bo do dzieci Andżelka nie chce już należeć. Myśli o tym skrycie. Młodzież. Ale tego słowa nigdy nie wypowie w obecności ojca, bo wyśmiałby jej wysokie aspiracje. Zresztą w domu nie ma znaczenia, czy jesteś dzieckiem, czy młodzieżą — miejsce potomka w stadzie pozostaje to samo: na końcu.

Nie śpi w nocy, bo nie wie, jak wypadnie w nowej szkole. I czy się dobrze ubrała. Czy wystarczająco modnie. Ciotka Grażyna przywiozła ze swojego sklepu na szczęście dwie garsonki: zieloną dla mamy i czarną dla Andżelki, obie w kropki. Z paskiem na gumce z motylkiem. Andżelka wybiera czarną, bo czarny kolor wyszczupla. Tak jej wszyscy dorośli wciąż powtarzają. Andżelce urósł gruby wałek na brzuchu, odkąd ciągle się obżera.

Do tego stroju Andżelka ubiera stare „kabaretówki” mamy. Złota nitka, która jest wpleciona w drobną siateczkę, błyszczy nadal, choć rajtuzy mają co najmniej 10 lat. Ojciec przywiózł je mamie z podróży do Austrii na winobranie. Na której zresztą tylko stracił, bo podobno go okradli. Tak naprawdę najwięcej stracił dziadek. Pożyczył ojcu wszystkie dolary, które skrzętnie zbierał z barku w błyszczącej meblościance. Barek zamyka na kluczyk, żeby ci, którym do końca nie ufa, nie pchali tam swoich paluchów. A jeżeli chodzi o pieniądze, dziadek nie ufa nikomu.

Ojciec nigdy nie ma, żeby mu oddać. Bo z czego? Nie zarabia kokosów w spółdzielni w S. na spychaczu. Mama też nie. Jak każda kobieta, która pracuje w biurze.

Andżelka ma jednak nowe buty właśnie od niej. Mama odłożyła z marnej pensji na jej lakierki. Andżelka chciała najpierw mieć czarne, tak jak wszystkie dziewczyny, zwłaszcza te, które w weekendy zjeżdżają do domu z miasta. Wszystkie noszą czarne lakierki. Z małą kokardką przy spiczastym nosku, na małym obcasiku.

W sklepie Andżelka dostrzega jeszcze piękniejsze. Białe. Z wężowej skórki. Zamiast kokardki mają mały grzebyk z drobnych paseczków i małą koturenkę. Piękne. I rozmiar nawet pasuje. Andżelka pragnie mieć właśnie takie! Dobrze, że pojechała wtedy z mamą do miasta i mama kupi wszystko, co Andżelka zechce, a na co ona może zapłacić ze swojej niewielkiej pensji. Andżelka może wybrać sama. Mama przekonuje ją do czarnych, ale nie krzyczy na nią w sklepie, tylko mówi.

Gdyby była z ojcem, kupiłby to, co sam by uznał za odpowiednie dla Andżelki, i zawsze byłby draka, ponieważ, nawet jak musi, to wydaje pieniądze na dzieci bardzo niechętnie.

Tak wystrojona w czarną garsonkę i białe lakierki z wężowej skórki, jedzie z mamą porannym autobusem do Ś. na egzaminy wstępne. Do nowej szkoły. Wie, że musi zdać, żeby w końcu uciec od domu. Uciec choć do Ś. To tylko 25 km od domu, ale musi mieszkać w internacie. Chce mieszkać w internacie. Jak Patrycja, Dorota i Agnieszka. One nie chcą, tylko muszą, a ona chce. Pragnie.

Autobusów do miasta nie ma za wiele i zawsze trzeba jechać z przesiadką, więc lepiej mieszkać w internacie, zwłaszcza w zimie.

Andżelka od jakiegoś czasu wstydzi się domu. Nie wie nawet, kiedy to się zaczęło. Wstydzi się, jak w domu wygląda: mebli, biedy, ciasnoty i niewygód. Krzyków ojca i jego agresji. Uległości mamy. Tego też się wstydzi. Że zamiast się mu postawić, przymila się do niego, żeby uspokoić jego ataki złości. A w nocy oddaje się jego miłości, cielesnej oczywiście. Andżelka słyszy, jak co noc prawie sapią. 

Ojca może się bardziej boi niż wstydzi. Mamy wstydzi się, choć ją jeszcze może kocha, tylko że w jakiś dziwny sposób. A może to tylko przywiązanie? Andżelka przestaje rozumieć swoje uczucia. 

Tego dnia w drodze na egzaminy mama wydaje się wyjątkowo śmieszna. Jej gesty, mowa, wiejski wygląd, choć ubrała się niby ładnie, czarna rozkloszowana spódnica z falbankami. Jak Cyganka. Wszystko to powoduje, że Andżelka chciałaby się od niej odciąć, usiąść w autobusie gdzieindziej. Nie chce, żeby ktoś obcy zauważył, że jadą razem, że te dwie to matka i córka.

Gdyby tylko znała się w tym obcym mieście, pojechałaby pewnie sama. Do czego potrzebna by była jej mama? Ale ona się nie zna, nie orientuje, nie znajdzie drogi, no i wstydzi się strasznie samej siebie, że ktoś na nią spojrzy, wyśmieje i że w mieście może sama przepadnie. Więc niech będzie chociaż taka matka.

Trzyma ją w drodze na dystans, na każde pytanie odpowiada ze złością. Gdy jest niepewna albo się boi, wtedy ogarnia ją zły humor. Andżelka wie dobrze, że ma to po ojcu. On też taki jest, gdy coś nie idzie po jego myśli. I też wyżywa się słowami na mamie. Nie umie jednak powstrzymać się od złości, nie panuje nad sobą, kiedy się wewnętrznie w niej gotuje.

Andżelka nie wie czemu, ale robi dokładnie tak jak on i tak jak on uważa mamę wtedy za głupią, brzydką, wiejską i wkurzającą. Pyskuje bezczelnie, przewraca oczami niby z politowaniem: jak można być taką śmieszną!

Andżelka wpada w gniew, a może w panikę. Sama nie wie, które uczucie jest silniejsze w momencie, kiedy mama postanawia kupić pasztetową i chleb i zjeść gdzieś na ławce takie prostackie śniadanie.

Andżelka prawie drze się na mamę, żeby ją powstrzymać. Nie robić teatru. Nie rzucać się w oczy. Co powiedzą ludzie, widząc je z takim żarciem na kolanach?

Mama wchodzi mimo wszystko do rzeźni z właśnie kupionym chlebem i prosi o kilka plastrów pasztetowej i żeby sprzedawczyni pokroiła jej ostrym nożem chleb na kromki.

Andżelka zapada się pod ziemię. Wstyd! Boże, jaki wstyd z tą kobietą! Żeby tylko nikt nie zaśmiał się głośno, słysząc taką prośbę.

Kobieta za ladą kroi chleb i nawet nie dziwi się tej nietypowej prośbie mamy, więc Andżelka oswaja się powoli z sytuacją. Czyli nie jest aż tak to śmieszne dla obcych? Mimo wszystko obciach.

Wychodzi z mamą z rzeźni i nie chce nawet tknąć takiego śniadania. Mama je sama, niech je, niech żre jak świnia, obrzydliwie po wiejsku, z mlaskaniem, z otwartą w połowie gębą. Ale nie ona, Andżelka nie tknie tych kromek i śmierdzącej biedą pasztetowej. Nie tu! Nie w wielkim mieście i nie przed wielkim zadaniem: ucieczką z takiego właśnie domu!

Mama nie daje jednak za wygraną i wciska grubą pajdę złożoną wpół w zaciśniętą pięść Andżelki. „Jedz, musisz mieć siłę przed egzaminem” – mówi mama. „Musisz zdać przecież! Czy może nie chcesz?”

Andżelka chce zdać. Pragnie tego najbardziej na świecie – tej przepustki do innego świata. Popuszcza piąstki i sięga po kromkę. Zapycha nią buzię. Łyka wielkie kawałki, które prawie stają w gardle. Ze wstydu? Z chęci do płaczu? Ze złości? Sama nie wie, czemu. 

Znowu nie wie, które z uczuć nią teraz najsilniej rządzi. Najchętniej rzuciłaby chleb przed siebie, wypluła przemielone kęsy i darła się tak, aby każdy słyszał, co czuje – jak bardzo się wstydzi. Za siebie, za mamę, za całą tę sytuację. 

Jak bardzo boi się egzaminów, jak bardzo nie wierzy w siebie.

Dodaj komentarz