Andżelka znajduje swoje nazwisko na liście przyjętych do liceum. Do klasy o profilu humanistycznym. Marzenie się spełnia. Ma teraz dwa miesiące wakacji. Dwa miesiące czasu, by przygotować się na nowe życie w internacie, w mieście. Kupić książki do szkoły, parę ciuchów, nowe buty, plecak. Wylicza, spisuje na kartce i czeka na lepszy humor ojca. Tak czy inaczej, potrzeba jej tych wszystkich rzeczy, ale nie wie, kiedy go o spytać, czy zapłaci. Ojciec tryska złym humorem ostatnio. Rodzice ciągle się kłócą. Andżelka nie wie, o co. Pewnego dnia zaczyna się domyślać…
Obserwuje mamę, gdy ta podjeżdża po pracy na rowerze do bramki. Ciężko schodzi z roweru. Sukienka zadziera jej się do pół uda. Opina się o nienaturalnie nabrzmiały brzuch. Jakby była w ciąży…
Andżelka przeraża się w tym momencie swojego odkrycia i ucieka zawstydzona do domu. Zamyka się w swoim pokoju. Pada na łóżko. Nie płacze. Słucha tylko kroków mamy na schodach — i myśli, czy to ona powinna zacząć rozmowę, czy lepiej nie poruszać takich tematów, bo do tej pory nigdy nie rozmawiała nawet z mamą o tym, co dotyczy tylko dorosłych.
Tego popołudnia jest dla mamy szczególnie wredna. Pyskuje bezczelnie, jakby każdym słowem chciała jej pokazać, że nią pomiata, że matka nic dla niej nie znaczy. Że jej nienawidzi. Jak mogła zrobić coś takiego? Jakby nie było dosyć problemów.
Ojciec wraca z pracy. Samochód warczy jak zawsze złośliwie pod domem. Tata nie musi trąbić, by Andżelka czy któryś z jej braci lecieli po schodach, ile sił w nogach, żeby otworzyć mu bramę. Ojciec nie lubi czekać. Wszystko musi być natychmiast. Wysrać się nie można do końca, bo może się skończyć biciem.
Andżelka biegnie, otwiera bramę i obserwuje oblicze taty. Próbuje wyczuć jego nastrój. „Króliki nakarmione?” — złowrogie pytanie zamiast „dzień dobry”. Ojciec nie musi przecież o nic innego pytać dzieci. Znają doskonale swoje obowiązki. Ale on musi powiedzieć coś takiego, aby się bały, musi krzyknąć, żeby zaznaczyć swoją obecność.
Zanim Andżelka zamknie bramę i przegoni kury na odpowiednią stronę podwórka, bo wyleciały jak zwykle, ojciec jest już w mieszkaniu na górze i drze japę. Na mamę. Milkną, kiedy Andżelka wchodzi po schodach, stawiając kroki dobitnie, żeby słyszeli, że nie są sami. A więc jednak jest jakaś tajemnica. Pewnie ta, której spodziewa się mama.
Na drugi dzień mama jedzie do wiejskiej krawcowej. Nigdy dotąd u niej niczego nie szyła. Wraca, przebiera się w nową fioletową sukienkę z białym kołnierzykiem. Szeroką, jak dla ciężarnej. Andżelka i mama patrzą sobie w oczy bez słowa. A tak naprawdę teraz mama powinna mówić. Andżelka czeka i prawie płacze. Dziwna atmosfera nie mija do wieczora.
Kiedy ojciec wychodzi kosić trawę, mama otwiera w końcu gębę:
— Będziecie mieć rodzeństwo w grudniu.
To wszystko. I potem wraca do swojej pracy. Smaruje kromki, zaparza herbatę i zostawia Andżelkę z tą informacją tak po prostu, jakby to było coś najnormalniejszego na świecie. Ciąża, poród, kolejne dziecko!
Przy kolacji złowroga cisza. Z twarzy ojca wyczytać można tylko złość, więc Andżelka i jej bracia nawet ostrożniej dzisiaj jedzą, żują spokojniej, kęs po kęsie – dokładnie. Tak, aby to, co jest na kromce, nie spadło na podłogę. Aby nie doprowadzić go do wściekłości. Przecież brakuje tylko iskry… Tak jest przy stole gorąco…
W nocy Andżelka leży w łóżku i czuje się jak nigdy samotnie. Komu by mogła powierzyć taką informację? Komu o takim wstydzie opowiedzieć? Nawet Monice i Patrycji nie ma odwagi się zwierzyć. Powie jutro braciom. Albo lepiej — może pojedzie do babci na niedzielę. Weźmie także listę swoich rzeczy, które jej trzeba do internatu. Może babcia i dziadek coś dołożą.
Andżelka umie dobrze przewidzieć sytuację i wie, że od ojca nic już nie dostanie, kiedy w drodze jest małe dziecko. Jeszcze jedna gęba do wykarmienia, jeszcze jeden wydatek. Składa swoją listę w kwadracik i wsuwa pod poduszkę. Płacze cicho…
Kiedy robi się cicho i wszyscy śpią, wstaje i przeszukuje rzeczy ojca. Kradnie mu parę drobniaków. Nie ma wyrzutów sumienia – ani trochę. Może chociaż tak nazbiera sobie na pierwsze wydatki. Grosz do grosza… Jeszcze daleko do końca wakacji. Drobne sumy co prawda, bo stary groszem nie śmierdział nigdy. Wyciąga tyle, by nie zauważył…
Dodaj komentarz