Moje wspomnienia o prababci to jej chustka — zawiązana pod brodą,
siwe włosy wystające spod chustki, ale tylko lekko.
Nigdy nie dowiedziałam się, jak wyglądały jej włosy naprawdę.
Nie wiem też, jaki miała kształt uszu.
Spracowane ręce.
Czyste, ale poranione śladami pracy.
Krótkie, przecięte paznokcie.
Jej ręce kojarzę głównie z obieraniem ziemniaków.
Obierała całe kotły, kiedy schodziła się rodzina na niedzielne obiady.
Obierki spadały rytmicznie do wiadra — na odpady dla “gadów”,
jak nazywała wszystkie stworzenia w swoim gospodarstwie.
Były równiutkie, jakby wymierzone,
i nigdy nie skaleczyła się w palec,
choć nawet cięła ziemniaki na mniejsze kawałki prosto na dłoni.
Szeroka dupa, która zasłaniała mi cały świat,
kiedy stałam za nią w ogrodzie.
Spoglądałam na jej łydki
i kawałek uda, który czasem udawało mi się dojrzeć,
gdy schylała się do samej ziemi, by coś z niej wyrwać.
Bo obok ziemi nie mogła przejść obojętnie.
Zawsze musiała coś robić.
Choćby chwast wyrwać.
A pokrzywy — wyrywała gołymi rękami, bez rękawic.
Moje oczy za każdym razem robiły się wielkie ze zdziwienia,
że to wstrętne zielsko wcale jej nie parzy.
Była wtedy jak czarodziejka.
Na nogach — grube żylaki, przypominające dżdżownice po deszczu.
I nogi wiecznie w gumiakach.
Jakby nie mogła odłączyć się od pracy.
Albo może ta guma przyssała się do podłoża tak mocno,
że trzymała ją tam, żeby nie zmieniała miejsca.
Bo całe życie — i ona, i jej siostry —
były wędrowniczkami.
Z Polski do Francji, z Francji do Polski.
Wciąż za pracą.
Za przetrwaniem…
Dodaj komentarz