Szukałam was.
Żyłam iluzją rodzinną
Braterstwem
Siostrzaną miłością
Że niby tak być powinno
Że niby wszystko z tęsknoty za jednością
Za wzajemnym trzymaniem się za rękę
Tak naprawdę wracałam wciąż w miejsca,
które miały mnie kochać,
a uczyły mnie milczeć, zaciskać usta by nie parsknąć śmiechem albo złością.
Sznurowały gardło, dławiły niewypowiedzianym żalem albo słowem na obronę własną.
Zostawiałam siebie kompletnie nagą i bezbronną na progach cudzych oczekiwań.
Pod poprzeczką postawioną od początku bezlitośnie.
Zawsze krok dalej niż było zdrowo.
Zawsze bliżej niż było bezpiecznie.
Przyszedł dzień,
gdy nie mogłam już dźwigać cudzego obrazu siebie.
I nie chciałam już wracać tam,
gdzie moje imię wypowiada się ciągle z pretensją,
gdzie miłość to tylko wymienna waluta za obecność,
bo tak wypada i inni tego oczekują.
Miłość, która przychodzi z rachunkiem –
to nie miłość.
To gra w dług i winę.
Miłość, która wciąż oczekuje, rozlicza,
Interpretuje,
Wypomina, obraża,
To zapasy na bardzo śliskiej macie.
Nie mam już miejsca na gniew.
Nie mam też miejsca na tłumaczenia.
Tamtej mnie –
tej, która wracała mimo wszystko –
po prostu nie ma.
Bez łoskotu.
Bez dramatów.
Po prostu: nie wracam.
To nie ucieczka.
To jedynie ocalenie.
A jeśli kiedyś zapytacie, co się z nią stało –
nie będę się bronić, nie będę się tłumaczyć.
Nie rzucę oskarżeń.
Przemilczę.
Nikogo nie wyśmieję i nie skłócę.
Powiem tylko:
„Nie wiem, o czym mówicie.
Nie, to nie moja historia, nie w moim języku…”
Byłam zbyt obecna w cudzych wersjach mojego życia.
Wcale mnie nie znacie.
Znacie opowieści o mnie, które wy sami snujecie, gdy tylko postawię nogę poza progiem waszego świata.
I właśnie dlatego –
odeszłam.
Bezpowrotnie i cicho.
05.08.2025
Dodaj komentarz