Obudziłam się krótko przed 06:30. Obudził mnie sen. Śniłam, że siedzę na podłodze, coś układam, składam, może puzzle – nie wiem dokładnie. Patrzę jak zawsze na komórkę i statystyki na moim blogu. Ile osób czyta moje teksty. I w tym momencie przelatują mi przed oczami zdjęcia mojego rodzeństwa – najdokładniej widzę zdjęcie Tomka. Potem zdjęcie kuzynki Eweliny – piękne zdjęcie profilowe. Nagle stoją wszyscy nade mną w moim mieszkaniu, łącznie z ojcem. Nie ma mamy, ale jest cała czwórka rodzeństwa. Dorota z dzieckiem, ale dziecko siedzi z Łukaszem, jej synem, w Kamazie – starej ciężarówce mojego ojca.
Wszyscy chyba przeczytali mój blog. Łącznie z rodzicami, którzy nie mieli go za życia przeczytać. Zmieniam w panice ustawienia, tak aby nikt już nic nie mógł do niego zajrzeć. Rodzina myśli, że zwariowałam, że jestem chora psychicznie albo mam depresję. Nie ma mamy i myślę, co ona teraz myśli. I że – jak zawsze – dla świętego spokoju nie przyjechała. Ojciec nie jest nawet na mnie zły, a przecież jego złości najbardziej powinnam się obawiać.
Czuję się kompletnie zaskoczona, a jednocześnie dalej robię swoje, czyli coś tam składam na podłodze, układam, siedząc przy tym jak dziecko, które bawi się klockami. Czuję się zdrowa i nie rozumiem, czemu oni wszyscy myślą, że coś jest ze mną nie tak. Ale się nie tłumaczę. Robię swoje. Jakby moja mowa ciała odpowiadała za mnie. Panuje spokój, którego nie znam ze strony mojej rodziny.
Wczoraj czytałam książkę – „wertowałam” byłoby lepszym słowem. Wpadłam na rozdział o tym, że trzeba uzdrowić stosunki, relacje z rodzicami. Że tylko zdrowe relacje z matką i ojcem będą służyć mojemu dobru, że nie rozchoruję się na raka i inne choroby. I że to ja, jako dziecko, muszę się starać o uzdrowienie tych relacji. Wybaczyć rodzicom, bo nie umieli i nie umieją inaczej. Ćwiczyć się w wizualizacji uzdrawiania tych relacji. Wyobrażać sobie matkę, kiedy była małą dziewczynką i coś złego jej się przytrafiło. Przeżyła jakąś traumę – i dlatego muszę mieć dla niej wyrozumienie.
Wczoraj wieczorem obejrzałam na dokładkę film pt. „Basen pełen mężczyzn” (moje wolne tłumaczenie tytułu z niemieckiego). Traktował o facetach, którzy – każdy na swój sposób – przeżywają depresję lub kryzys wieku średniego, też tak to można nazwać. Najbardziej ujęła mnie postać młodego faceta, przystojnego, który cały czas marudził i wszystko krytykował. Miał w sobie ogromne pokłady złości. Kiedy coś nie szło po jego myśli, wybuchał. Wybuchał głównie w obecności swojej delikatnej, pięknej żony, która sprawiała bardzo wrażliwe wrażenie, i syna, który – zestresowany pewnie darciem się ojca – popadał w jąkanie.
W końcu żona i syn odeszli. Facet odwiedza swoją matkę w domu starców. Na pewno szuka u niej pocieszenia. Kobieta najpierw przyjmuje go miło na ławce w ogrodzie. Syn ma wrażenie, że wszystko jest ok, że jest na łonie kochającej mamy. A ta zaczyna słownie się nad nim wyżywać, syczeć jak żmija. Pewnie robiła tak zawsze. Facet wstaje i odchodzi. Jest dorosły. Nie dostał od matki tego, czego pragnął, i już nie dostanie. Czy zrozumiał? Czy znowu poniesie go złość? Wyładuje się na otoczeniu? Nic z tych rzeczy. Idzie w swoją stronę.
Potem scena, jedna z końcowych – przytula syna z miłością do siebie. Rozczochruje mu włosy – tak jak to robi ojciec, kiedy już nie pasuje dać dorastającemu synowi buziaka, więc miętosi mu czuprynę. Syn jest dumny z niego, bo ojciec i jego drużyna facetów w kryzysie wieku średniego, zwycięża zawody w międzynarodowym pływaniu synchronicznym. A jednak czuje się w tej scenie, że duma leży po obu stronach. Facet jest też dumny z syna. Piękne.
Dodaj komentarz