Sen uleciał – 30.08.2025

Miałam wstać dziś rano i spisać sen. Szybko, zanim zapomnę. Na pewno coś mi się śniło, nawet chyba dość intensywnie, ale gdy otworzyłam oczy i spojrzałam na lekko uchylone drzwi, od razu wszystko uleciało. Całe wspomnienie nocy. Poleżałam jeszcze kilka sekund i wstałam. Miałam nadzieję, że zanim wyjdę z toalety i dojdę do kuchni, usiądę pisać, coś jeszcze będzie kołatać się w mojej głowie i złapię ostatnią myśl. Pociągnę ją jak nitkę w starym swetrze i poleci. Niestety.

Siadam więc przed zeszytem już po pierwszej kawie i po prostu piszę, co mi ślina na język przyniesie. Może o wczorajszym spacerze, znowu z poznaną kobietą. Jeszcze nie jest koleżanką i nie wiem, czy kiedykolwiek nią zostanie. Jestem ostrożna w doborze osób, którymi się otaczam. Nie może być za blisko, za ciasno, za dużo i za często. Nie daję rady udźwignąć tyle bliskości.

Kiedyś, gdy byłam dziewczynką, spotykałam się codziennie z Moniką. Chodziłyśmy na długie, długaśne spacery. Na Zalew i z powrotem – przez aleję, przez las, czarną drogą koło Grodziska. Godzinami przez pola, skąd widać było Ślężę. Zbierałam rumianki. Polne kwiaty. Gdy bukiet był już na rękach i zaczynał obsychać bez wody, wracałyśmy okrężnymi drogami do domu. Aby niby dojść, a jednak opóźnić powroty. Bo jedna drugą odprowadzała do domu. Monika mnie, a ja ją. Potem chwilę stałyśmy pod furtką i dalej – odprowadzanie pod kolejną furtkę.

W końcu kwiaty były tak uschnięte, że najczęściej rzucałam je przez siatkę kurom. Rzucały się ciekawe na żółte oczka rumianków. Podziobały troszkę i odchodziły rozczarowane, że to nie skórki od starego chleba. Lubiłam ustawiać kwiaty na stole, więc wracałam na łąkę. Czasami Monika szła ze mną, jeśli nie było zbyt późno. Czasami też szłam do niej, do ich ogródka przed domem, i urywałam żółte kwiaty o nieznanej mi nazwie, ale o szczególnej urodzie – były jak pompony z zimowej czapki. Bukiety z nich mogły stać długo. Kwiatki nie opadały, łodyżki nie wybijały zbyt szybko wody. Ładne i praktyczne.

Spacery z Moniką były takie jak z nikim innym. Kiedy dziś myślę, o czym my tak rozmawiałyśmy godzinami, bo czasami łaziłyśmy naprawdę kilka godzin, nie wiem. Nie umiem sobie przypomnieć. Czy miałyśmy aż tyle ważnych tematów do powiedzenia? Czy snułyśmy plany? Szczebiotałyśmy o naszych marzeniach? Miałyśmy je? Były odważne czy raczej przyziemne? Proste, jak nasze życie w małej wiosce, daleko od głównej szosy na Wrocław? Tylko trzydzieści kilka kilometrów od miasta, a tak daleko od innego życia. Nie znałyśmy go jeszcze.

Czy było nam wtedy prościej żyć, lepiej? Czy już wtedy może tęskniłyśmy za tym dużym, szybszym i nowocześniejszym światem? Nie mogę sobie nic takiego przypomnieć. Wiem, że nie żyłyśmy wtedy według zegarka – oczywiście po szkole. Po szkole nastawał czas przyrody. Szło się do domu, gdy było ciemno albo zbyt zimno. Lub gdy nadeszła burza i trzeba było uciekać przed piorunami. Albo według obowiązków, które trzeba było wypełnić. Zrobione, posprzątane, kury nakarmione – to można wyjść na łąki, do lasku, pokopać piłkę w parku, posiedzieć na ławce na przystanku, porzucać kamieniami do wody na Zalewie, pozjeżdżać z górki przed zamkiem, ulepić bałwana, poobgadywać sąsiadów, pośmiać się z byle czego, polecieć do sklepu po lody, gdy dostało się od dziadka na słodycze. Taka beztroska – chwilowa, ale boska.

Dodaj komentarz