Dziś rano skończyłam wczorajszy tekst. Nienajlepszy. Jakoś brakuje mi w nim spójności. I językowo też się potykam, widać to po licznych skreśleniach. Piszę intensywnie od jakiegoś czasu. Ze dwa, może trzy lata. Od czasu do czasu przerwa. Brak weny. Pustka w głowie. Niechęć, a może zmęczenie.
Ostatnio obserwuję, jak siły fizyczne albo przemęczenie wpływają na moją kreatywność. Bardzo. Tak samo rozkojarzenie. Nie piszę, gdy wpadam w wir niepotrzebnych czynności: zbytecznych spotkań, pustych rozmów, załatwiania rzeczy dla kogoś, podróży za wszelką cenę. Żeby tylko nie usiąść na moment… Aby pisać trzeba złapać oddech. I poczuć.
Ostatnie tygodnie, w sumie już pięć, odkąd siedzę w domu, dobrze mi robią. Piszę. Raz lepiej, raz gorzej, ale piszę. Ćwiczę się słownie. Czytam. Czuję dużo. Miewam sny – znowu tak intensywne, że myślę o nich jeszcze przy śniadaniu i na pierwszym spacerze. Składam myśli. Nazywam pragnienia. Zapisuję wszystko na papierze na później, gdy usiądę znowu do stołu.
Najpierw wzięłam się jednak za pudła z ostatniej przeprowadzki. Jeszcze siedem stoi i czeka. Odsuwam od siebie ich przeglądanie, tłumacząc się złamaną ręką. Choć lewa ręka jest złamana, a prawą mogę zrobić wiele rzeczy. Gdyby jedno z tych pudeł nie stało od maja obok mojego biurka i nie drażniło oczu, pewnie nadal nie tknęłabym jego zawartości.
Przyszedł jednak jeden z pierwszych pochmurnych dni. Taki, że już naprawdę nie było wymówek. Musiałam otworzyć ten karton.
Może wiedziałam, co mnie czeka i dlatego targała mną ta niechęć. Niemoc. Stare zdjęcia upchane pod kopiami obrazów znanych malarzy w drewnianych, ciężkich ramkach. Przygniecione do tego starą teczką, świecznikiem, woreczkiem z niechcianą biżuterią. Schowane głęboko, tak aby nikomu nie rzuciły się w oczy. Zdradzają bowiem moje niechlubne czasy. Wstydzę się tych zdjęć okrutnie. Oprócz mnie nikt nie wie o ich istnieniu.
Zabrałam je kiedyś z domu rodziców, żeby mama – która weszła w wiek oglądania starych fotografii z każdym, kto się jej napatoczy – nie rozkładała ich na stole. Przede wszystkim nie mogę pokazać ich jemu. Mojemu partnerowi. Nie zna tej części mojego życia i wolę, żeby tak zostało. Nie przypuszcza, że kiedykolwiek byłam tą, którą mógłby zobaczyć na starych fotografiach.
Nie mam problemu pokazać się, kiedy byłam małym dzieckiem. Nawet jeszcze z wczesnych lat podstawówki, chociaż już wtedy zaczęłam się zmieniać. Grubaśna brzydula. Pryszczata. Smutna w oczach. Z obgryzionymi paznokciami. Niezgrabna, toporna jakaś taka. Źle ubrana, po wiejsku. Koszulka podkreślała wydęty brzuszek. Nie miałam wcięcia w biodrach ani innych wyraźnych kształtów. Toporna, po prostu toporna.
I te włosy! Wieczny temat, odkąd pamiętam. Nikt nie miał takich marnych włosów w rodzinie, w całej szkole i w całym internacie. Obcięte brzydko, bo nigdy nie chodziłam do fryzjera, tylko do pani Lesi. A ona jest krawcową. Takie też ma nożyczki – do tkanin. Każde cięcie odznaczało się na prostych włosach, zwłaszcza kiedy się przetłuściły. A przetłuszczały się strasznie.
Rano chciałam je myć przed szkołą, żeby choć do końca lekcji wytrzymały – nieposklejane jak makaron-nitki. Mama za każdym razem marudziła, żebym przestała, bo „przeziębię głowę”. Myłam mimo wszystko. Nie mieliśmy suszarki, więc chowałam wilgotne włosy pod grubą czapkę. Zanim dojechałam do szkoły, włosy wyschły, ale wyglądały okropnie. Nie miały formy. A ja nie miałam swojego grzebienia – w domu był tylko jeden i przecież nie mogłam zabierać go ze sobą.
Poprawiałam się przed każdą szybą. Wciągałam brzuch, jakby to kogokolwiek obchodziło, jak wyglądam. Myślałam pewnie, że tak. Wciągałam więc i siedziałam na bezdechu w czasie całej przerwy, na ławce w auli. Z głośników leciała muzyka. Dziewczyny ze starszych klas jako pierwsze zaczynały tańczyć na parkiecie. Potem dołączali inni. Tworzyły się pary – ładniejsi chłopcy ze szczupłymi dziewczynami. A ja siedziałam. Wciągnięty brzuch nie pomagał. Tak samo jak szkolny fartuch zapięty na ostatni guzik. Te dziewczyny, co tańczyły, miały fartuchy rozpięte. Spod spodu widać było ich szpanerskie ciuchy. Szerokie paski od spodni na szczupłych taliach. Bluzki wpuszczone w spodnie, bo miały płaskie brzuchy. Kolczyki – wielkie koła w żarówiastych kolorach. Długie włosy, zaczesane modnie albo związane w koński ogon.
Kiedy rozlegał się dzwonek na lekcje, dopiero wtedy popuszczałam napięcie brzucha. I tak nic się nie wydarzyło. Nikt nie poprosił do tańca kopciucha. Szłam do klasy smutna, na szarym końcu. A marzyłam, aby stać w pierwszym rzędzie, jak Kaśka, Zośka, Aneta czy Agnieszka. One zawsze tańczyły. Nawet Edyta, chociaż też była trochę pulchna. Nie wiem, co miała w sobie. Na pewno nie urodę. No chyba że ja stanę obok. Wtedy wyglądała lepiej. Ubrana modniej, z ładniejszymi włosami. Zazdrościłam jej. Czarnych, gęstych włosów. Co jakiś czas nowa fryzura, bo jeździła z mamą do Wrocławia. Tam robiły zakupy i tam chodziła do fryzjera. Ja też bym tak chciała. Nie tylko z Edytą się porównywałam, ale to ona była moim miernikiem wartości. Z Kaśką i Aśką nawet nie próbowałam konkurować. One były szczupłe, ładne, lubiane i adorowane przez chłopaków. Nawet tych ze starszych klas. Umawiały się już z nimi po lekcjach. Ja nawet o tym nie śniłam. Nie dla psa kiełbasa.
Po lekcjach od razu do domu. Robota czekała. Nawet na zajęcia dodatkowe nie mogłam się zapisać. SKS-y nie były dla mnie, bo byłam cienka z wf-u. Ale inne kółka zainteresowań? Poszłabym chętnie do chóru jak Kaśka. Kaśka chodziła jeszcze na kurs tańca towarzyskiego. Ja nie miałam drygu do tańca po ojcu, więc o tym nie marzyłam. A poza tym kto by mi kupił sukienkę z cekinami? Chłopaka do pary też bym pewnie nie znalazła. Ja nie istniałam dla chłopaków. Nikt na mnie nie patrzył i nikt się do mnie nie zalecał. A tego przecież się chce w tym wieku. Poczuć, jak smakuje pierwsza miłość.
Podkochiwałam się w kilku chłopakach. Wybierałam ich ostrożnie. Nie mogli być łobuzami, brudasami ani zakutymi pałami. Najlepiej przeciętni, nie za piękni. Wydawało mi się, że tacy będą wierni i nie trzeba będzie się za nich wstydzić. Nie wiem, czy takiego kiedyś znajdę. Na pewno nie w naszej szkole.
Jednak w siódmej klasie zaczęłam zwracać uwagę na Piotrka. Z sąsiedniej wioski, ze starszej klasy. Piotrek z czarną, nastroszoną czupryną. Spokojny, duży, zawsze milczący. Siedział na pierwszym siedzeniu w autobusie. Starałam się siadać za nim. Obserwowałam go, patrzyłam na kołnierzyk, na uszy, palce i paznokcie. Czy czyste. Mijały miesiące moich podchodów. Z jego strony żadnego znaku, spojrzenia ani jednego słowa. Jakbym była przezroczysta. A on jakby był niemy. Cudak.
Zośka z mojej klasy domyśliła się, że mi się podoba. Powiedziała, że to jej kuzyn. Pewnego dnia przyniosła mi zdjęcie Piotrka – małe, legitymacyjne. Ukryłam je w piórniku i poprosiłam, by nikomu nie mówiła, że go kocham. Zośka milczała, choć nigdy bym się po niej takiej dyskrecji nie spodziewała! Zwierzyłam się za to babci Jasi. Jej powierzałam najskrytsze tajemnice. Pokazałam jej zdjęcie mojego obiektu westchnień. Zaklinałam, żeby nikomu nie mówiła. Ani słówka. Obiecała.
Kilka dni później, gdy wróciłam ze szkoły, tato wydarł się na mnie, że wybije mi głupoty z głowy i że mam się zająć nauką. Płakałam. Miałam żal do babci, że wypaplała. Niby tylko mamie, jak mówiła, a ta – jak zwykle – sprzedała wszystko tacie. Porwałam zdjęcie na kawałeczki i wrzuciłam do pieca. Nie chciałam kusić losu. Ojciec był zdolny przeszukać moje rzeczy i spuścić mi lanie, gdyby je znalazł.
Zmieniłam miejsce w autobusie. Kilka siedzeń dalej. Nici z mojej miłości. Może to i lepiej. Pomyślałam wtedy, że pójdę do zakonu. Tylko tam widziałam miejsce dla takiej brzyduli.
Dodaj komentarz