09.10.2025
Dziś w nocy wrócił. Czyli znowu za dużo stresu. Za dużo robię, za dużo naraz.
A do tego dochodzą jeszcze złe emocje.
Najbardziej szkodzę sama sobie.
Przeprowadzam obserwacje na własnym ciele. Wczoraj pracowałam za długo, w atmosferze napięcia, bo czas mnie gonił.
Do tego co jakiś czas musiałam wysłuchać narzekań lub plotek.
Wiem, że powinnam uczyć się w takich rozmowach nic nie mówić i nie włączać się do dyskusji, gdy tematy schodzą na kogoś lub coś, z kim albo z czym nie mam i nie chcę mieć wspólnego.
Zbiorowisko ludzi, a zwłaszcza kobiet, potrafi w mgnieniu oka przekształcić się w gniazdo os — w kocioł niezdrowych emocji.
I wystarczy jedna niby niewinna rozmowa o niczym, by nastrój zaczął kwaśnieć jak zupa.
Wtedy powinnam uciekać jak najdalej i zamknąć buzię.
Nie dorzucać od siebie ani słowa do tego kociołka.
Czasami jednak wyłazi ze mnie coś, co leży po tej drugiej stronie — ciemnej, mrocznej, złośliwej.
Nad tą stroną, mimo codziennych ćwiczeń, wciąż nie potrafię zapanować.
Jak nad rozpuszczonym dzieckiem.
Nie lubię jej. Wstydzę się. Staram się od niej odciąć, bo mi nie służy.
Gdy mną zawładnie — cierpię. Kojarzy mi się z domem. Tam, na porządku dziennym, inni byli tematem rozmów — kąśliwych uwag, złorzeczeń, prześmiewczych żartów.
Wszyscy albo mieli więcej szczęścia niż rozumu, albo oszukiwali, dlatego się czegoś dorobili.bNikomu nie można było zaufać.
Drzwi nie wolno było otworzyć za szeroko.
Patrzeć w oczy? Nie wypadało. Opowiadać o sobie? Broń Boże! O rodzinie, o życiu, o małżeństwie? Tylko księdzu — i najlepiej krótko przed śmiercią, bo i jemu ufać nie do końca należało.
To wszystko było moją częścią. Nieświadomą — przez bardzo długi czas.
Dopiero teraz rozumiem, skąd brałam cięty język.
Skąd te złośliwości i epitety.
W obronie własnej — chciałoby się powiedzieć. Ale to byłoby za proste.
Mój cięty język uderzał w tych, którzy wydawali mi się słabsi. Odgrywałam się na nich za wszystkie swoje nieszczęścia, chociaż to nie oni byli ich źródłem.
Nie oni byli adresatem mojej frustracji — złości na świat, na rodziców, na wszystkich, którzy nas nie bronili przed tatą. Na szkołę. Na wredną nauczycielkę od polskiego. Na niesprawiedliwość, upokarzanie, wyśmiewanie za inność.
Miałam wszystkich na celowniku. Nawet odległych mocarzy, brutalnych sprawców ludzkich nieszczęść i wszystkich niesprawiedliwych tego świata.
Kiedy zbyt długo tłumię w sobie uczucia, coś rośnie we mnie jak wrzód i uciska. Boli. Zmusza prawie do płaczu.
Kiedyś wystarczyło jedno krzywe spojrzenie, jedno słowo, jeden uśmieszek i cała frustracja wybuchała. Niekontrolowana jak powódź.
Wtedy byłam wstrętna. Paskudna. Złośliwa. Zawistna. Umiałam obgadać, wyśmiać, znaleźć każdą słabość. Wcisnąć palec w najmniejszą rankę. I jeszcze przykręcić, żeby zabolało mocniej.
Po co?
Chyba tylko po to, żeby się przez chwilę lepiej poczuć.
To dawało moment satysfakcji. Wewnętrzny, emocjonalny orgazm.
A potem przychodził kac.
Wyrzuty sumienia.
Wracała świadomość, że nie jestem lepsza od innych.
Że jestem taka sama jak ojciec, jak matka, jak inni prostacy. Nie umiem opanować uczuć.
W takich chwilach czułam się, jakbym stała z boku i patrzyła na siebie okiem krytyka.
„Słoma z butów, wiocha!” — słyszałam w głowie.
Bo to takie proste: oczernić kogoś, żeby we własnych oczach urosnąć.
Pracuję nad sobą od dawna.
Staram się nie tłumić emocji, ale dawać im inne ujście — takie, które nie kaleczy. Czasem jeszcze mi się noga powinie. Jest mi wtedy przykro i przyznaję to przed sobą.
Jestem panią moich działań i myśli. Obserwatorką.
Czasem zbyt surową, bo chciałabym być perfekcyjna — nieomylna, zawsze dotrzymująca słowa.
A przecież to nie jest takie łatwe w świecie ludzi.
Kiedy dzieje się za dużo, wracam — jakby na miejsce zbrodni.
Zaczynam od początku.
Dzień po dniu, po troszku, stwarzam sobie przestrzeń, w której jestem bezpieczna.
W której nikomu, nawet myślą, nie mogę wyrządzić krzywdy. I nikt nie jest w niej dla mnie złośliwy.
Kocham tę moją przestrzeń — pełną ciszy, samotności i spokoju. W niej lepiej słyszę, co we mnie kołacze. Wiem, kiedy się utulić i uspokoić.
Żeby to opisać prostymi słowami, przywołuję obraz samochodu z zepsutym tłumikiem. Im bliżej podjeżdża auto, tym bardziej bolą uszy. Wszystko drży — w głowie, w ciele, czasem nawet w sercu. Trwa to chwilę, zanim auto przejedzie.
Potem powoli oddala się cały ten tłukący rumor. Wraca ulga.
Spokojnieję. Oddycham.
Najpierw może jeszcze zbyt płytko, ale już regularnie.
A gdy auto zniknie z oczu, a jego dźwięk rozpłynie się w nicości — słyszę własny oddech. Nagle robi się tak cicho jak w zimowy poranek w lutym, że czasem nawet słyszę mrugnięcie powiek.
I wtedy ogarnia mnie to, co najbardziej lubię: święty spokój.
Dodaj komentarz