Ćwiczenia

27 listopada 2025 r.

Długo nie pisałam. Zmęczenie nie dodaje mi skrzydeł, przeciwnie. Wpadam w niemoc. Redukuję w ten sposób moje życie do spania, pracy i drobnych czynności dnia codziennego.

Zredukowałam też ilość przepływanych długości na basenie do maksymalnie 32–34. Ale to tylko wtedy, gdy mogę pozwolić sobie na bycie wieczorem wręcz wyczerpaną i pójść do łóżka o dwudziestej pierwszej. W tygodniu, gdy mam jeszcze od czasu do czasu coś w planach, pływam jedynie 22 do 24 długości.

Czemu taka nierówna ilość? Bo muszę przepłynąć zawsze równą ilość minut. To znaczy albo 30, albo 20 minut. Co roku widać spadek formy. Mam swoje lata. Przybywa ich, a nie ubywa. Potrzebuję długo i boleśnie, aby zrozumieć tak prosty stan rzeczy. Nie będę młodsza.

Chodzę też mniej. Kiedyś latałam trzy razy dziennie z Reksem nad rzekę. Robiłam po 20 000 kroków. Teraz odpuszczam, gdy przekroczę 10 000. Nadal jestem niezadowolona, jeśli stanę przy 6 000. Czego więcej nie robię?

Nie ubieram się w kurtkę i buty, przerażona tym stanem, i nie wychodzę jeszcze wieczorem z domu, by dobić do 10 000. Nie mam siły. Nogi mnie nie niosą. Bolą mnie ostatnio. Gdy za dużo się nachodzę, mogę zasnąć tylko z pomocą tabletki przeciwbólowej. Nie mam już tyle energii co kiedyś i ciężko mi się z tym pogodzić.

Nadal źle śpię i nierówno. Padam wycieńczona wieczorem. Zasypiam często na kanapie. Przebudzona koło północy przekładam się tylko wtedy do łóżka. Zasypiam szybko od nowa. Potem zrywam się najczęściej między trzecią a czwartą nad ranem. Oczy otwierają się szeroko, jak ze zdziwienia. Wiem wtedy, że już po wszystkim i że na pewno nie zasnę.

Najczęściej od razu wstaję. Idę do kuchni. Czasami tylko w weekendy udaje mi się znowu zapaść w głęboki sen do jakiejś siódmej. Wtedy mam najintensywniejsze sny. Bardzo wyraźne. Po przebudzeniu leżę jeszcze chwilę, próbując odtworzyć ich scenariusz. Przesuwam obrazy przed oczami, nie otwierając ich, bo jak podobno otworzy się oczy i spojrzy w okno, to sen ucieka. A ja lubię analizować przekazy własnej jaźni.

W ostatnich kilku tygodniach udało mi się zapamiętać dwa. Tak, może to niewiele, ale rzadko dosypiam. Pierwszy to stary temat, który wraca do mnie od lat. Kiedyś był tylko w trochę innej wersji. Śniło mi się o niezdanym egzaminie z literatury na studiach. Nie przeczytałam wszystkich lektur z listy. Tym razem śniłam, że nie jestem w stanie nic dać z siebie na pisemnej maturze z polskiego. Nie wiem, o czym jest legenda o Świętym Graalu. Dziura w głowie. Siedzę, gryzę długopis i nie mogę sklecić ani jednego zdania. Rozglądam się. Próbuję gdzieś coś ściągnąć. Wszyscy są za daleko ode mnie, by zerknąć na kartkę sąsiada. Komórki nie da się dyskretnie wyciągnąć. Zbliża się koniec pisania, a ja nadal nic nie wiem. Budzę się.

Drugi sen – chyba był nawet dzień później. Też stary temat. Mama znowu jest w ciąży. Jest już taka stara — a znowu zaciążyła. I to jakoś jej wcale nie rusza, tym bardziej że ciotka Grażyna, która jest mniej więcej w jej wieku, też znowu spodziewa się dziecka. Znowu pogrążam sie w uczuciu bezradności. Kiedy mama przestanie zachodzić w ciążę?

Dziś obudziłam się o 04:10. Wiem, że nie powinnam sprawdzać, która jest godzina i czy zaraz muszę wstać do pracy, i czy opłaca się jeszcze zasnąć. Nie zasnęłam. Wstałam. Kawa, kanapki do pracy, rąbek krzyżówki, dwa okrążenia bez celu po kuchni. Myśli o pisaniu. Tak czy nie? Ciężko czasami wziąć mi zeszyt w rękę i usiąść do stołu. Obiecuję sobie pisać regularnie. W ramach treningu, zanim napiszę książkę.

Marzę o tym. Mam pomysły, ale coś mnie blokuje. Czytam w książkach (chyba kobiety są ich autorkami najczęściej), że Virginia Woolf pisała o tym, że każda kobieta, by pisać, potrzebuje pokoju i 500 dolarów. Tak, miała rację. Dzisiaj potrzeba więcej niż 500. Pokój bym miała nawet, ale nie mam wewnętrznego spokoju i często siły w sobie, by usiąść.

Znajduję się właśnie w fazie treningu. Trenuję spokój wewnętrzny i umiejętne obchodzenie się z własną energią. Idzie mi coraz lepiej. Wycofałam się z tak zwanego życia społecznego do minimum. Minimum kontaktów towarzyskich, po których najczęściej pozostaje tylko poczucie straconego czasu.

Próbuję też zalegać coraz częściej z książką w dłoni na kanapie, nie okrywając się wyrzutami sumienia z powodu lenistwa jak ciężkim kocem. Leżę i czytam po prostu. Jak w sanatorium dla gruźlikow. Taki nachodzi mnie obraz. Przebieram w stosiku książek obok kanapy. Wącham, czy pachną jeszcze nowością. Próbuję się nimi cieszyć. Uczę się także cieszyć. Radość przychodzi mi ciężko i powoli. Podobnie jak lekkość życia. Jedna z drugą są ze sobą powiązane i może dlatego ćwiczenie się w pozwalaniu sobie na radość i lekkość wydaje mi się podwójnie trudne.

Zaczynam więc małymi kroczkami. Odpędzam chmury czarnych myśli, które napływają prawie od razu, jak tylko poczuję odrobinę przyjemności, okruszek szczęścia. Czy szczęścia można się nauczyć? Czy w wieku 50 lat nie jest już dla mnie za późno? Zastanawiam się, czy miałam jego poczucie w sobie kiedykolwiek. Czy kiedyś żyłam beztrosko? Czy pławiłam się w szczęściu? Czy odczuwałam je intensywnie? Czy przeżyłam choć raz taki moment, kiedy czarna chmura nie miałaby żadnych szans na przebicie się i zawieszenie nad moją głową?

Nie wiem, naprawdę nie pamiętam.

 

Dodaj komentarz