27.11.2025
Zamknęłam się w biurze przed światem. Światło wyłączone, klucz tkwi w zamku od środka. Nie mam dziś siły słuchać ludzkich narzekań i żądań. Pretensji do świata. Mój ojciec powiedziałby: „Pretensje do garbatego, że ma dzieci proste”. Siedzę tu i marnuję swój czas. Jedyne, co mnie tu trzyma, to pieniądze. Co miesiąc przyzwoita zapłata. Przyzwoita, jeśli mieszkam z kimś we dwójkę w jednym gospodarstwie domowym. Gdybym miała wynająć mieszkanie, dać dzieciom na studia i utrzymać się sama, chyba musiałabym wziąć kolejne dodatkowe zajęcia. Jeszcze kolejne. Ciągle robię coś dodatkowo. Robię, choć nie mam siły. Dorobię — wydam, bo to albo tamto — i znowu nie mam. W czym tkwi problem? Czy umiem obchodzić się z pieniędzmi? Czy wyniosłam z domu niegospodarność? Mam biedę w genach? A może na siłę chcę być niezależna i wszystko mogąca? Zosia Samosia. Nos do góry. Nie dać sobie pomóc.
Nie mieszkam sama. Od roku. Poddałam się dla dobra dzieci, żeby mieć dla nich pieniądze. Kolejny facet, z którym jestem od rozwodu, jest skoncentrowany na sobie i na swoich potrzebach. Szlag mnie trafia, że nie umiem tego zmienić. Z mojej strony to dziwna zależność. Jemioła. Pasożyt? Ale kto z kogo wysysa soki? Albo kto daje z siebie wyciągnąć? A może po prostu symbioza?
Marzę o własnym mieszkaniu. Domku na wsi w Polsce. Najlepiej tym po babci i dziadku. Choć jeden pokój z kuchnią i łazienką załatwiłby sprawę mojej niezależności. Jeszcze trochę. Jeszcze kilka lat utrzymywania dzieci i się wyniosę na swoje. Dam radę. Zawsze dałam. Przeżyłam. Przetrwałam. Dwa kroki w tył. Trzy do przodu. Miękkie lądowanie.
Nie żebym teraz cierpiała w mojej nowej mieszkaniowej komitywie. Nawet przyjemnie jest w czystej, idealnej przestrzeni jak z katalogu sklepu meblowego. Meble oczywiście z tej wyższej półki. Żadna tam tandeta czy płyta pilśniowa. Wszystko ze smakiem. Zniesmacza mnie tylko od czasu do czasu własne zachowanie. Trwanie w tym wszystkim, by przetrwać. Odkładam życie po swojemu znowu na później. Aż dzieci skończą studia i pójdą na swoje. Wtedy będę ja na pierwszym miejscu. Wtedy zredukuję wydatki i rzucę tę pracę, której nie lubię. Poświęcę się sobie. Swoim potrzebom. Przestanę tęsknić i marzyć tylko, a zacznę robić po swojemu. Dla siebie i według siebie. Bez ciągłego dopasowywania się. Bez zaprzedawania duszy.
Dam radę jeszcze te kilka lat wytrzymać? Czy może przyzwyczaję się do roli jemioły? Straszna wizja! Drzewo usycha przez nią, a ona z nim, kiedy kończą się soki. Jestem tą jemiołą? Czy może powinnam przestać myśleć o sobie w taki sposób? Każdy ma jakiś modus vivendi, a więc mi też wolno mieć własny.
Domek na wsi po babci i dziadku. Ogródek. Fotel. Stolik. Zeszyt. Długopis. Czas i przestrzeń, by pisać i być sobą. Z sobą przede wszystkim i wierną sobie.
Dodaj komentarz