Do domu

14.01.2026

Przestaję owijać w bawełnę. Ostatnio po prostu nie chciało mi się pisać. Nie ma znaczenia czy długopis jest taki czy inny, czy byłam na pływaniu, czy nie, czy zrobiłam dziesięć długości za dużo, czy nachodziłam się z Reksem, czy spałam, czy nie spałam. Wszystko to są tylko wymówki. Wątpię nawet w acedię, której poświęciłam dwa przedpołudnia, googlując na jej temat. Nigdy nie byłam na tyle zdyscyplinowana, aby wytrwać w jakimś postanowieniu, np. w tym tygodniu – jeśli chodzi o jedzenie na słodko – od siedmiu dni trwa już dla mnie niedziela. Kromka z miodem. Rogaliki z dżemem. Wczoraj nawet kupiłam sobie kawałek ciasta. Nie zjadłam go, bo już zjadłam bułkę z miodem. Ciasto leży w kuchni w domu, a ja, siedząc w pracy, właściwie tylko o nim teraz myślę i żałuję, że nie zapakowałam go do pudełka ze śniadaniem.

Wzięłam dziś za to do pracy mój zeszyt. Siedzę właśnie i piszę, bo od wczoraj nic się w pracy nie dzieje. Brakuje mi zajęcia, a ja do bezczynności nie jestem przyzwyczajona. Nie znoszę jej. Wczoraj pół dnia szperałam w Internecie. Robiłam plany na wyjazd do Wrocławia. Jutro lecę. Tak, drugi raz już podróżuję do Wrocławia samolotem. Z lotniska odbierze mnie tata. Ojciec. Poprosiłam go o to. Chcę tym razem odwiedzić rodziców. Z czystej potrzeby ich widzenia. W głowie układam sobie różne scenariusze, jak będzie. Nie widziałam ich już od roku. Nie mogłam. Nie dałabym wtedy rady. Musiałam przerobić pewne tematy. Odchorować swoje. Pomogło mi pisanie. Pisałam wtedy o nich i do nich regularnie, choć żadnego listu do tej pory nie wysłałam.

Wszystkie teksty gromadzę na blogu. Myślę, że tak długo, jak żyją, nie będę mogła zrobić inaczej. Nadal ich chronię – w jakiś dziwny sposób. Czasami nawet usprawiedliwiam, szukam podobnych błędów w sobie. Przecież i sobie mogłabym coś zarzucić. „Kto pierwszy jest bez winy, niechaj rzuci kamień…” Wiem, że nie powinnam robić sobie za wiele nadziei ze spotkania. Ileż to razy zaliczyłam rozczarowanie, ileż razy przysięgałam sobie, że nigdy więcej ich nie zobaczę. Tak dokładnie znam ich reakcje. Umiem przewidzieć wszystkie pytania i odpowiedzi. Złośliwe uśmiechy. Znam to wszystko tak dobrze i… tak bardzo nienawidzę. Już się spinam w sobie, gdy o tym myślę.

Po co więc tam jadę? Nie wiem. Od lat nie mam na to odpowiedzi. Bo są rodzicami? Może i dlatego. Choć to funkcjonuje przecież w dwie strony. Aby być rodzicem, nie wystarczy tylko dzieci spłodzić. 

Bo są starzy? Pewnie ich wiek gra jakąś rolę. Mama narzeka na zdrowie, bo jest styrana życiem, a ojciec – złymi emocjami, złością, agresją i obrażaniem się na innych. Ale myślę też, że zżerają go wyrzuty sumienia. Nigdy by się do tego nie przyznał. Mama też nie. Ani jedno, ani drugie nie wyjdzie z roli ofiary. Będą szukać winny w nas, w niewdzięcznych dzieciach. W złodziejskiej polityce, w niesprawiedliwym systemie…

Piszę i czuję, jak napinam kark, ramiona, jak boli mnie nagle ręka, kiedy coraz mocnie ściskam długopis. Odpływam do Maniowa. Krążę po domu. Jest jak zwykle za ciepło tu, źle wywietrzone. Pranie wisi na poręczy w korytarzu. Czuję jego wilgotny, lekko stęchły zapach, stojąc na dole w sieni. Wycieram buty w stary ręcznik. Też znam go jeszcze z dzieciństwa. To tu się niczego nie wyrzuca.

Kładę dłoń na poręczy od schodów. Śliska olejna farba, w tym roku brązowa, w zeszłym była pewnie ciemnozielona. Zaciek w kącie sufitu. Czemu? Bo ciocia i Agnieszka z Januszem nadal nie dołożyli się do remontu dachu. Choinka w rogu. Sztuczna i tandetna, ale dla mamy najpiękniejsza. Migające światełka. Postoi pewnie tak do Matki Boskiej Gromnicznej.

Pamiętam każdy schodek, po którym wchodzę do góry. Kąt prosty, następny ostry, szczeliny w deskach, których nawet olejna farba nie pokryje. Zagłębienie o ostrych brzegach w trzecim schodku od góry, na którym frędzle ze ścierki do mycia podłogi zahaczały się i trzeba je było wydłubywać paznokciem, żeby nie było brudu. Dobrze rogi schodków wyczyścić.

Pochylona nad szmatą widziałam każdy pęcherzyk na lamperii. Dopiero gdy byłam dorosła, dowiedziałam się, że malując lamperię na nowo, trzeba by było wyszlifować starą powierzchnię, żeby farba nie odpryskiwała. Nigdy tego nie robiliśmy.

Stoję na piętrze. Stromych schodów na strych od jakiegoś czasu już nie ma. Powstał za to byle jaki włazik. Też splamiony wilgocią. Przecież dach przecieka. Dawniej, kiedy stało się na korytarzu, śmierdziało gołębiami, które ojciec hodował na strychu. Wieczne ubolewanie mamy, że pióra i gówna lecą, kiedy drzwi się otworzy i że zimno ciągnie od wejścia. Na schodkach do gołębi – jak się wtedy mówiło – można było w zimie stawiać garnki z zupą. Nawet od czasu do czasu zamarzała.

Na lewo pokój stołowy z łóżkiem rodziców. Wersalka – zawsze była ulubionym meblem do siedzenia przed telewizorem. W nocy spali na niej rodzice, a teraz śpi tam tylko tata. Telewizor zajmuje pół ściany, czyli pół długości pokoju. Najczęściej lecą nieprzerwanie wiadomości albo boks. Przeważnie do drugiej, trzeciej w nocy. Z okna pokoju widać kaplicę i także to, kto jedzie w naszym kierunku, na przykład nieproszeni goście. Na oknie kwiatki. Różne: małe, duże i wszystkie dobrze rosnące. Mama ma żyłkę ogrodniczki.

Za pokojem – pokoik. Tak go nazywaliśmy. Mała wnęka powstała z komórki. Moje najwcześniejsze wspomnienia w tym domu pochodzą właśnie z pokoiku. Klitka. Dwa łóżka po dzieciach. Na ścianie zdjęcia w ramkach. Nasze wyblakłe obrazki komunijne nadal tu wiszą. I portret mamy w komunijnej sukni. Wianek na głowie, przeplatany mirtem. Znam te wszystkie fotografie dokładnie. Wszystkie święte obrazki. Często wpatrywałam się w nie, gdy budziłam się za wcześnie i musiałam czekać, aż reszta wstanie.

Między pokojem a pokoikiem nie ma drzwi i nigdy ich nie było. Kiedyś wisiały w ich miejscu kolorowe plastikowe paski – namiastka intymności. Miały zasłaniać nam widok na telewizor, na film po dwudziestej, czyli ten nie dla dzieci. Niestety nie zagłuszały dźwięku ani filmowego, ani nocnego. Ach, te kolorowe paski – czasami aż lekko fruwały. Dziś wiszą jakieś srebrne, błyszczące łańcuchy – jak na choinkę. Nie wiem po co, bo pokoik nie jest już w użyciu. Mama też już w nim nie śpi. I nie w stołowym.

Śpi w pokoju chłopaków. Meble w pokoju stołowym są jeszcze z lat dziewięćdziesiątych i pewnie już nigdy nie zostaną wymienione. Stare, pomalowane srebrzanką kaloryfery. Przedmioty z wystawki. Na stole zawsze serwetka, cukiernica, gazeta z krzyżówkami, długopis, okulary i torba leków. Tak samo jak leków nie może zabraknąć ciastek.

Pokój chłopaków. Teraz dopiero tak go nazwałam, ale wtedy mówiliśmy: pokój Artura, pokój Tomka, pokój Mariusza. W zależności od tego, kto w nim sypiał i mieszkał w domu. Mały, za ciepły, z widokiem na Ślężę i na podwórko cioci, Agnieszki i Janusza. Wcześniej babci i dziadka. Z widokiem na pola i lasek, w którym bawiliśmy się w domek całe lata. Taki się duży wtedy wydawał, dziś to zwykłe krzaki.

W pokoju chłopaków ściany były przeważnie zielone. Zostawione meblościanką. Na półkach i w szufladach do dziś leży pełno ważnych dokumentów, nieodebranych przez nas listów, wezwań, rachunków do zapłaty przy okazji przyjazdu do Polski. Każdy z nas, oprócz Doroty, mieszka gdzieś za granicą.

No i kuchnia – centralne miejsce. Dźwięczne bardzo, bo tu stoi kuchenka gazowa, syczący czajnik, stojący na starych białych meblach. Głośna kuchenka i równie głośna zmywarka. Wcześniej grało też radio. W kuchni się jada i przyjmuje gości, coraz rzadszych. Nie wiem, czy może przez to, że w końcu są mile widziani.

Z okna kuchni widać cały wiejski świat z jego aktorami. Sąsiadki, sąsiedzi, ich dzieci, psy, koty, listonosz, weterynarz i dużo za dużo samochodów. Każdy teraz jeździ przecież, nikt już nie chodzi, chyba że w niedzielę na spacer, ale wtedy skręca się do lasu albo do parku pod zamkiem i potem polami na zalew. Żeby nie chodzić wzdłuż drogi, bo zrobiła się za ruchliwa. Przez sznur ciężarówek w dni robocze też niebezpieczna. Na weekend – przez szpanerskie samochody z deskami do windsurfingu na dachach.

Czasami przemknie jakiś rowerzysta na e-bike’u albo motocyklista odziany w skórzany kombinezon. Trzeba wtedy zatykać uszy, bo echo niesie drażniące dźwięki ulicą aż do samego krzyża u Szalowej. Potem huk znika za ostrym zakrętem, tak jak i wariat na pędzącym motorze na widnokręgu.

Okna kuchni ukryte są za gęstą firanką. Nigdy nie powinno się jej odsłaniać, bo sąsiedzi myślą wtedy, że człowiek się na nich gapi. Pewnie, że się gapi, ale lepiej niech o tym nie wiedzą. W lecie zaciąga się na okno jeszcze zasłony, bo słońce na zachodzie długo i mocno świeci. Pod oknem znajduje się blaszany daszek. Rozgrzewa się jak patelnia i dodatkowo ociepla i tak już za gorące mieszkanie.

Obok kuchni mój stary pokój. Pokoik. Podobno wnęka, jak obok pokoju stołowego. Kiedy miałam dwanaście lat, dostałam go w ramach remontu mieszkania. Małej przebudowy, wtedy niesamowitej zmiany naszego mieszkaniowego komfortu. Wtedy powstała kuchnia i pierwsza nasza łazienka z wanną i ubikacją oraz bieżącą wodą. No i mój pokój.

Z czerwoną wykładziną, królewsko czerwoną, z wytłoczonym wzorkiem. Trochę była za duża, więc na brzegu powstała gruba fałda, zakładka, która służyła mi za schowek. Upychałam pod nią różne rzeczy. Schowałam moje skarby przed wścibskim rodzinnym okiem. Przede wszystkim listy od księdza Plebanka, któremu zwierzałam się z moich nieszczęść. Ukrywałam też czasami podpaski, kiedy miałam miesiączkę. Nie wiedziałam, dokąd je wyrzucić, żeby nikt nie odkrył, że krwawię. Wpychałam je pod wykładzinę i czekałam, aż mama rozpali w piecu i będę mogła je spalić. Bałam się, że któryś z moich braci odkryje mój wstyd. Czasami się to nawet zdarzało. Tomek mnie często szpiegował. Potem mnie szantażował, że powie wszystko tacie, jeśli nie zrobię dla niego tego albo tamtego. Jak ja się wtedy okropnie wstydziłam. Błagałam go, żeby na mnie nie skarżył. Do dziś nie wiem, jaka byłaby reakcja ojca.

Mój pokoik. Mały. Stary. Okienko zasłaniała firanka, wbijana na gwoździe. Nie trzymała się długo, bo ściana była twarda i gwoździe się wysuwały. Wbijałam więc ciągle nowe miejsca obok, aż w ścianie powstawały wielkie dziury. Tata nigdy tego nie naprawił, tak jak i klamki po tym, jak drzwi się zatrzasnęły i trzeba było ją wyciągnąć. Do dziś drzwi świecą dziurą.

Potem pokoik należał też do mojej osiemnaście lat młodszej siostry. Podobnie jak ja i ona nie miała żadnej intymności – w wiecznie otwartym i dostępnym dla wszystkich pokoju.

Została jeszcze do opisania łazienka. Najbardziej upragniona przez wszystkich. W końcu nie musieliśmy czekać z kąpaniem aż do soboty. Nie trzeba było nosić wody ze studni, grzać w kotle, żeby napełnić cynową balię. Nareszcie można było puścić wodę do wanny i mieć ją tylko dla siebie. Pierwszą czystą i nie po kimś.

Co prawda rodzice nie pozwalali napełniać jej po brzegi. Można było nalać tylko tyle wody, żeby w niej usiąść – mniej więcej do bioder, czasami do brzucha. Mama bała się, że ktoś się w wannie utopi, a tata zarządzał tak raczej z oszczędności. Żeby nie grzać tyle. Bojler był podłączony przez tak zwaną podkowę do pieca. Opał był zawsze problemem w naszym domu. Zawsze za mało, za późno zakupiony, za wcześnie wypalony, za drogi – po prostu.

Pisząc, czuję zapach palenia w piecu. Najpierw w tak zwanym trociniaku. Nabijanie trociniaka w szopie przy świeczce. Aż dziw, że nigdy nie puściliśmy jej z dymem. Dziw, że nikt się nigdy nie zaczadził w pokoju. Że nie zasnęliśmy na wieki. Trociniaka często trzeba było pilnować. Musiał być dobry cug, żeby paliło się jak należy. Ale jak już złapał cug, to dawał naprawdę przyjemne ciepło, które trzymało aż do rana.

Resztki ciepła ulatniały się wraz z nami, wychodzącymi do szkoły i do pracy. Po powrocie do domu można było szczękać zębami z zimna. W blaszaku nie wolno nam było palić bez rodziców. Pod kuchnią umieliśmy palić wszyscy szybko. Suche szczapy, stare gazety, zapałki z zieloną główką z siarki. Trzeba było obchodzić się z nimi oszczędnie. Nigdy nie mieliśmy w domu zapasów. Gdy zapałki się skończyły, leciało się do babci na dół. Pożyczyć. Czasami sama nie miała – wtedy leciało się do sklepu. Brało się na kreskę, bo w domu też nigdy nie było pieniędzy. Ani złotówki gdzieś w szufladzie albo w szafie.

Tata nosił pieniądze przy sobie. Mama rzadko miała swoje. A kiedy przestała pracować, musiała go o wszystko prosić. Ojciec wydzielał jej drobne sumy. Czasami naprawdę tylko na zapałki. Mama nigdy nie protestowała. Mówiła, że pieniądze są jego, bo zarabia. Pracuje. Czasami pytałam ją, co ona robi całymi dniami, przez cały tydzień. Przecież wszystko w domu, w obejściu, w ogrodzie i w kurniku zawsze było i jest na jej głowie.

Do naszego domostwa należał również kurnik. Więcej w nim gołębi niż kur czy kaczek. Więcej też jedzą zboża, które podobno zasiewa się właśnie tylko dla drobiu. Pasja ojca jednak kosztuje, ale on przynajmniej ma jakąś pasję. Mama niczym się nie interesuje. Nie ma czasu, siły, zdrowia ani zrozumienia dla pasji. Wszystko, co można by nazwać hobby, jest marnotrawieniem czasu i głupotą. Po co ci to? Na co? Zawsze pyta. Krytykuje nieróbstwo. Tylko pracowitość się dla niej liczy. Najlepiej od świtu do nocy.

Wartość człowieka przelicza na ilość wykonanych zadań. Czy się narobił do bólu, czy się przy tym spocił. Kobiecość – na przydatność w kuchni, w ogrodzie, w polu, przy dzieciach i w usługiwaniu mężowi. Męskość – na ilość zarobionych pieniędzy. Tylko wobec taty nie stosuje takiego miernika.

Jutro lecę do Wrocławia. Do domu, do mamy i taty. Starych ludzi dzisiaj. Samotnych, bez dzieci, chociaż urodziła im się piątka. Ojciec odbierze mnie z lotniska. Dzisiaj wysłał mi wiadomość głosową z pytaniem, o której ma na mnie czekać. Jakby nie wiedział. Przecież pisałam mu już o tym. Chce czekać punktualnie na „swoją córeczkę”. Miło. Nie wiem. Jakby nigdy nic nie było. Jakbyśmy się nie ignorowali przez ostatni rok. Byłam dwa razy w Polsce, ale nie u nich. Nie dałam rady do nich pojechać.

Co czeka na mnie jutro? Boję się rozczarowania. Boję się, że obraz, który sobie maluję — że tym razem będzie lepiej, że będzie fajnie, ciepło, normalnie, pięknie — rozpadnie się, zanim jeszcze postawię nogę na starych schodach. Boję się tak samo, a jednak trochę inaczej. Boję się pytań, które uważam za głupie. Do dziś nie umiem na nie odpowiadać neutralnie. Komentarzy bez sensu, bo nie przystają do mojej rzeczywistości. Oczekiwań, których nigdy nie spełnię, bo nie chcę, nie mogę i nigdy się do tego nie przełamię.

Stworzył się między nami dystans. Jest tak wielki jak ten, który pokonuje Ziemia wokół Słońca. Nie chcę spełniać niczyich oczekiwań, a zwłaszcza tych moich rodziców. Nie ugnę się, ale tym razem będę milczeć. Boję się… Zawsze potrzebuję czasu na wylizanie ran po ostatnich odwiedzinach — czasami miesiąc, czasami pół roku, zdarzało się też znacznie dłużej.

Co oni czują, kiedy przyjeżdżam i wyjeżdżam z domu? Co myślą? Czy żałują, że przyjęli mnie znowu? W jaki sposób w ogóle o mnie myślą? W jaki chciałabym, żeby pomyśleli? 

Nie chcę przeprosin. Już nie ma za co. Chciałabym tylko neutralności. Od czasu do czasu słów: przepraszam i dziękuję. I żadnych innych wylewnych oznak rodzicielskiej miłości. Żadnych zapewnień. Żadnych marzeń ze mną w roli głównej.

Nie chcę słyszeć o podziale majątku. Nie mam zamiaru prowadzić rozmów o obowiązkach dzieci wobec rodziców. Nie chcę słuchać porównań do kuzynów, sąsiadów i postaci z filmów, którymi powinniśmy być — ich dzieci — gdyby tylko… Gdyby co? No co? Po co ta rozmowa? Po co? Lepiej pomilczymy. Popatrzymy w telewizor jak zahipnotyzowani. On tak dobrze zagłusza nawet myśli.

Może to i dobrze, że tak ryczy. Że ktoś śpiewa, strzela, bełkocze. Świetnie, że gada za nas i opowiada nie nasze, a jednak jakby nasze historie. Ludzkie, głupie, bez sensu. Czasami po prostu śmieszne.

Nie wyłączę dziś telewizora. Nie ściszę go. Udaję, że tak właśnie jest dobrze. Może i dobrze jest, nie wiem. Może w tym leży cały sens mojego obcowania w tym domu.

Bycie w niebycie.

Jestem widzem czy tą oglądaną? Jestem jak gwiazda w serialu. Dokładnie taka, jakiej oczekuje publiczność. Zła córka. Wyniosła dama. Pani z zagranicy. Rozwódka. Konkubina. Matka z dzieckiem. Z całą trójką od razu. Dobrze znana ze współczesnych tabloidów: z Facebooka, ze zdjęć w statusach na WhatsAppie. Wiecie wszystko przecież o mnie. Prawda leży jak na tacy podana. Nic nie muszę dopowiadać.

Dopada mnie senność, gdy tata przełącza na boks, a potem skacze na polityczne kłótnie, w końcu na reportaż o takich samych jak oni. Nie mogę. Nie dam rady dłużej. Wychodzę. Tęsknię i chcę do siebie. Jeszcze nie wyjechałam, a już wracam.

Na powietrzu zimnym, rześkim, choć jak zawsze zimą pachnącym węglem brunatnym i palonym plastikiem, myślę o lesie, zalewie, spacerze z Moniką. Powoli się uspokajam. Myślę o Wrocławiu i księgarniach po polsku. O moim uniwersytecie. O kawiarniach z pysznym ciastem i szumie rozmów w moim języku. Myślę o rozmowach z Asią i dziękuję już teraz, że ktoś mnie jutro zrozumie.

Jestem więc w domu. U siebie. Jednak nie chcę tak szybko wyjeżdżać z powrotem. Chcę tu trochę posiedzieć, popatrzeć i posłuchać. Pomarzyć i wrócić pamięcią, zatęsknić za tamtą sobą. Już czuję to znowu: wewnętrzne rozerwanie. Rozdarcie. Zawsze mnie dotyka, gdy wracam do domu, do Polski.

Jutro tam będę.

Dodaj komentarz