Uśmiechy

Wujek Zbyszek pracuje w kopalni i ma dostęp do sklepu tylko dla górników, w którym można kupić luksusowe towary. Magnetofon na kasety, nawet z dwoma kieszonkami. Na takim można przegrywać z kasety na kasetę. Kopiuję od wujka muzykę disco polo. Uwielbiam jej słuchać jak wszyscy w naszym domu. Artur i ja znamy teksty piosenek na pamięć. Odkąd mamy magnetofon, bo wujek i nam załatwił po znajomości, lecą na okrągło same hity, czasami nawet takie o zbereźnych tekstach. Tych jednak nie śpiewamy głośno. Mama nawet przewija taki kawałek, żeby nie kaleczyły nam uszu. Na przykład o starej babie, której ściągnęli gacie, żeby wróbli nie straszyła. Pękamy przy tych słowach ze śmiechu. Zaciskamy jednak usta, udajemy poważnych. Można by było narazić się na bicie. Ojciec, kiedy sobie porządnie wypije, właśnie w tym momencie pogłaśnia i drze się, udając śpiewaka, trubadura o niskim basie. Często podśpiewuje zbereźne piosenki, chociaż wcale nie umie śpiewać. Tworzy własne kreacje o sprośnych tekstach. Zawsze się w nich z kogoś wyśmiewa. Najczęściej z nas, dzieci. Zwłaszcza z Artura. Wyśmiewa jego odstające uszy i małego ptaka. Czasami urządza muzyczne przedstawienia z nami w rolach głównych. Każe nam śpiewać, a sam nagrywa nas na kasety. Często musimy deklamować jakieś wierszyki. Popis recytacji, ale konkurs jest bez nagrody. Jedyne co można zdobyć to lanie, gdy się za często pomylimy i jego cierpliwość się skończy. Ja mam nieco większy talent aktorski i dużo lepszą pamięć. Artur zacina się często i tata musi przewijać kasety i kilkakrotnie, od nowa zaczynać nagrania. W końcu wściekły ciągnie go za te jego niby wielkie uszy i wyrzuca go z konkursu. Nazywa go Dionizy. Nikt nie wie, dlaczego, czy to ma być pseudonim sceniczny, czy kara za beznadziejne występy. Takie imię jakoś się nam źle kojarzy. Z głupkiem, z debilem. Tak też tata go nazywa. Artur służy mu często za obiekt kpin. Wyśmiewa jego piskliwy głos, drze się na niego za głupi uśmiech, bo za szeroki. Raz każe mu nawet ściągnąć majtki i grozi, że obetnie mu siusiaka i wtedy będzie piał jak eunuch, piszczał cienkim głosikiem do końca swojego zasranego żywota. Przykłada nóż do jego krocza, Artur płacze, a ja nie mogę ze strachu o brata złapać oddechu. Ojciec się śmieje szyderczo, że nie rozumiemy jego dowcipów, a przecież są takie śmieszne. Jego żarty są jednak najczęściej bez sensu i zawsze się dla nas źle kończą. Zwłaszcza kiedy jest pijany. Wtedy przewraca nas na kanapę i łaskocze pod pachami i po stopach. Kiedyś podczas takich wygłupów, w nieuwadze kopię go w policzek. Wpada w taką wściekłość, że dostaję lanie kablem od żelazka. Wysyła nas wszystkich do kąta. Za co Artura i Tomka? Nie wiem. Karę trzeba ponosić solidarnie. Klęczymy tak godzinami. Mama prosi go o przedwczesne zwolnienie, gdy zbliża się bajka. Dziś jest niedziela i leci nasza ulubiona „Pszczółka Maja”. Ale nie dla nas tym razem, bo jako drugą część pokuty przewidział dla całej naszej trójki spanie bez kolacji bez dobranocki. Leżymy dokładnie o dziewiętnastej i musimy zamykać oczy i spać, czy się chce nie chce. Artur nuci w łóżku po cichutku piosenkę o Mai, wymyślając własne zwrotki. Są dużo zabawniejsze i prychamy ze śmiechu, nazywając tatę Guciem. Taka nasza mała zemsta, po cichu i tylko między nami. Musimy uważać, jak się uśmiechamy. Istnieje bowiem uśmiech odpowiedni i taki, jaki nie powinien być – np. do zdjęcia nie wolno szczerzyć głupio zębów i rozdziawiać bezmyślnie buzi. Tak jak to było kiedyś w ZOO we Wrocławiu. Pojechaliśmy tam tylko z tatą. Wszystko co robimy bez mamy zawsze się źle kończy. Jazda była jak na poligon. Rozkazy, krzyki i za szybka marszruta, nie na dziecinne nogi. Za ociąganie się Artur dostaje lanie na oczach tłumu. Nie wolno mu płakać, wszyscy się gapią. Musi przełknąć łzy i nie robić wstydu przed ludźmi. Gębę zamknąć, inaczej mu dołoży, jak jeszcze nie poskutkowało. Łzy też solidarnie mi lecą. Ustawia nas zapłakanych do zdjęcia na kucyku. Pluje na grzebień i układa nasze włosy na bok, żebyśmy wyglądali porządnie, jak grzeczne dzieci z dobrych domów. Boję się wejść na kuca, jakoś tak dziwnie prycha i drepcze niespokojnie. Ojciec wsadza mnie na niego siłą, Artura stawia obok zwierzaka i wciska mu w dłoń lejce. Konik szarpie się nadal, Artur znowu płacze. Tata, wkurzony do granic wytrzymałości, rzuca kurwami i znowu nam się dostaje. „Zostaw pan te dzieci”, mówi fotograf. Idziemy na bok przeczekać kryzys. Łapię powietrze ciężko i chcę do domu. Artur sika po nogawkach. Bez zdjęcia się jednak i tak nie obejdzie. Kiedy po południu jesteśmy z powrotem i wysiadamy z autobusu w naszej wiosce, kamień spada nam z serca, że to koniec tej nieszczęsnej akcji. Cieszymy się, gdy jest po wszystkim. Tysiąc razy wolę kury i kaczki pooglądać. Popatrzeć na króliki i na świnki morskie. O egzotycznych zwierzętach staram się na jakiś czas zapomnieć. Kiedy w pierwszej klasie znowu jadę do ogrodu zoologicznego, rzygam całą drogę do plastikowego worka mimo tabletki Aviomarinu. Jestem chora od wspomnień, mdli mnie od dobrze zapamiętanego zapachu tego miejsca. Na długo wrył się w moje nozdrza. Jako jedyna nie przywożę pamiątki z wycieczki: zdjęcia na kucyku. Kłamię, że nie mam przy sobie na tyle pieniędzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: