Pierwszy sakrament

Kiedy oglądaliśmy rodzinne fotografie, zawsze zastanawiało mnie, dlaczego mama nie ma na ślubnym zdjęciu białej sukni. Ani welonu. Suknia nie jest długa i nie sięga ziemi tak, jak miały panny młode na fotografiach, które znałam z innych domów.

Ojciec stoi obok niej w brązowym garniturze i krawacie w paski. Mama ubrana jest odświętnie, ale równie dobrze mogłaby w tym stroju pójść na imieniny do babci.

Oglądaliśmy zdjęcia często. W długie zimowe wieczory, kiedy nie było wielu innych rozrywek, wyjmowało się albumy i po raz kolejny przyglądało twarzom, ubraniom, przedmiotom stojącym w tle. Fotografie były jednym z niewielu sposobów, żeby zobaczyć przeszłość. Dla mnie stanowiły również dowód, że istniało jakieś życie, zanim się urodziłam.

Zauważyłam, że rodzice na zdjęciach ślubnych wyglądają dokładnie tak samo jak na fotografiach z chrztu Artura. Te same ubrania, te same twarze. Artur urodził się trzy lata po mnie. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że przez tyle czasu nic się nie zmieniło.

Pytałam matkę.

Odpowiadała, ale nigdy w sposób, który by mnie zadowalał. Mówiła coś, co miało szybko zakończyć rozmowę. Już jako dziecko rozpoznawałam ten rodzaj odpowiedzi. Dorosły wypowiada kilka oszczędnych zdań, ponieważ uważa, że dziecku należy coś powiedzieć, niekoniecznie prawdę. Zakłada, że dziecko nie zauważy różnicy.

Zauważałam.

Z czasem zaczęłam podejrzewać, że za tymi odpowiedziami kryje się coś, o czym nie wolno mówić. Nie znałam jeszcze słowa „przemilczenie”, ale znałam jego obecność.

Kiedy matka nie chciała odpowiadać, szłam do babci.

Babcia mówiła tak, jak zapamiętała. Bez wyjaśnień, które miałyby uczynić wydarzenia bardziej przyzwoitymi. Nie zastanawiała się, czy jestem za mała, żeby wiedzieć. Pytanie wymagało odpowiedzi i ona jej udzielała.

Od niej dowiedziałam się, że pierwszy ślub moich rodziców odbył się w więzieniu.

Był sierpień. Matka była w zaawansowanej ciąży ze mną. Brzucha nie można już było ukryć. Nie było zresztą takiej potrzeby.

Ślub był cywilny. W więzieniu nie mogło być białej sukni ani welonu. Nie było uroczystości, jaką znałam z opowieści i fotografii. Były grube mury, strażnicy i sztywny urzędnik. Świadkowie wymagani do zawarcia małżeństwa, ale nikt bliski, kto przyszedłby wyłącznie po to, żeby dzielić z nimi ten moment.

Nie wiem, czy matka była wtedy szczęśliwa. Nigdy jej o to nie zapytałam. A może pytałam i nie dostałam odpowiedzi.

W maju zdała maturę. Udało jej się skończyć szkołę, zanim ciąża stała się widoczna.

Zaszła w nią jeszcze jako uczennica liceum. Gdyby dowiedziano się o tym wcześniej, mogłaby zostać usunięta ze szkoły i z internatu. W tamtych czasach dziewczyna, która zachodziła w ciążę przed ślubem, musiała liczyć się z konsekwencjami, których nie ponosił ojciec dziecka.

Szkoła albo dzieciak.

Matka zdążyła otrzymać świadectwo dojrzałości. Potem mogłam już przyjść na świat.

Wybrałam sobie odpowiedni moment.

Przez wiele lat i ja tak sądziłam, że ślub jest naturalną konsekwencją ciąży. Tak przecież zawsze postępowano. Kobieta spodziewająca się dziecka wychodzi za jego ojca, jeśli tylko to możliwe. Nie pytano jej zbyt często, czy właśnie tego chce.

Dopiero później dowiedziałam się, że w rodzinie nie było jednomyślności.

Dziadek namawiał mamę, żeby poczekała.

Ojciec miał spędzić w więzieniu jeszcze trzy lata. Dziadek uważał, że to wystarczająco dużo czasu, aby przekonać się, czy rzeczywiście chce się związać z nim na całe życie. Mówił, że jedno nieślubne dziecko niczego nie przekreśla.

Matka była ładna. Miała zawód. Mogła pracować. Poradziłaby sobie bez męża. A oni jej pomogą.

Nie wiem, jak często powtarzał te słowa. Znam je z opowieści babci. Wiem jednak, że dotrzymał obietnicy.

Przez pierwsze lata mojego życia zastępował mi ojca. Zimą palił w piecu, żeby było mi ciepło. Nosił mnie na rękach, bawił się ze mną, pokazywał innym z dumą.

Kochał mnie. Lubił być dziadkiem. Moim dziadkiem. W jego zachowaniu nie było niczego, co pozwoliłoby mi odczuć, że jestem dzieckiem, którego narodziny skomplikowały życie jego córki.

Ojciec tymczasem siedział w więzieniu.

Według babci bał się, że mama nie będzie na niego czekać. Wiedział, że jest młoda i ładna. Że może poznać kogoś innego. Trzy lata to długo, zwłaszcza dla człowieka zamkniętego za murami, który nie ma żadnego wpływu na to, co dzieje się na zewnątrz.

Chciał mieć pewność, że do niego należy, a małżeństwo dawało mu tę pewność. Przynajmniej w jego przekonaniu.

Mama była wierna i cierpliwa. Znał ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że raz złożonej obietnicy nie złamie. Zgodziła się.

Dziś, kiedy mówi o tamtym ślubie, robi to inaczej niż dawniej. Częściej ze złością. Jakby po latach dopiero pozwoliła sobie odczuć coś, na co wówczas nie było miejsca.

Nikt z rodziny jej nie zmuszał. Dziadek wręcz odradzał pośpiech.

Nie wiem, czy zgodziła się z miłości, poczucia obowiązku, czy dlatego, że nie potrafiła sobie wyobrazić innego rozwiązania. Być może sama tego nie wiedziała.

Ślub kościelny miał się odbyć po wyjściu ojca na wolność.

Jednak na mój chrzest nie można było czekać.

W tamtych czasach niemowlęta chrzczono szybko. Nie zwlekano z przyjęciem dziecka do Kościoła. Religia wyznaczała rytm życia rodzinnego, podobnie jak pory roku, święta i obowiązki wobec krewnych. Chrzest należał do rzeczy, które po prostu trzeba było załatwić.

Rodziców chrzestnych rodzice wybrali wspólnie podczas jednej z wizyt mamy w więzieniu. Ojciec chciał, żeby chrzestnym został jego starszy brat. Chrzestną miała być młodsza siostra matki.

Był to wybór zgodny z rodzinnym zwyczajem. Rodzeństwo rodziców wprowadzano w ten sposób w życie dziecka, nadając mu szczególną rolę.

Nie uczestniczyłam w tych ustaleniach. Byłam za mała, żeby zabierać mnie w tak daleką podróż do więzienia.

Mama poszła sama do księdza. Proboszcz znał ją od dzieciństwa. Znał jej sytuację. Zgodził się ochrzcić dziecko, choć rodzice nie mieli ślubu kościelnego.

Dla Kościoła ich cywilne małżeństwo nie było sakramentalnym związkiem. Zawarli je przed urzędnikiem państwowym, nie przed Bogiem, ołtarzem i kapłanem. Ksiądz postanowił jednak nie robić trudności.

Miał tylko dwa zastrzeżenia.

Pierwsze dotyczyło ojca chrzestnego. Brat ojca był rozwodnikiem. Nie mógł więc, zdaniem księdza, pełnić tej funkcji. Trzeba było znaleźć kogoś innego. Przyzwoitego.

Drugie dotyczyło mojego imienia.

Pierwsze nie było imieniem świętej. Ksiądz oczekiwał, żeby przynajmniej drugie będzie odpowiednie. Miałam otrzymać drugie imię po matce chrzestnej, a zarazem po patronce Dolnego Śląska.

W ten sposób również moje imię musiało zostać dostosowane do wymagań Kościoła.

Poza tym nie było przeszkód. Chrzest wyznaczono na początek lutego.

Nie pamiętam oczywiście tego dnia. Znam go ze zdjęć i opowieści. Zostałam przyniesiona do kościoła, gdzie polano mi głowę wodą i wypowiedziano nade mną słowa, których nie mogłam jeszcze rozumieć. Obok chrzczono moją przyszłą koleżankę ze szkoły Anetę.

Przyjęłam pierwszy sakrament. Nieświadomie. Od tej chwili należałam do wspólnoty wiernych. Byłam katoliczką, zanim nauczyłam się mówić, zanim poznałam znaczenie słowa „Bóg”, zanim mogłam zadać jakiekolwiek pytanie.

Miałam już pięćdziesiąt lat, gdy zapytałam matkę, dlaczego tak się spieszyła.

Odpowiedziała mi tak, jakim mówi się do dziecka.

Żebym, gdybym zachorowała i umarła jako niemowlę, mogła dołączyć do grona aniołków.

Powiedziała to bez wahania i naprawdę wierząc, że chrzest zapewniłby mi wtedy miejsce w niebie. Że kilka słów wypowiedzianych przez kapłana i woda spływająca po czole mogą zdecydować o losie człowieka po śmierci.

Nie zastanawiała się nad tym, czy dziecko, które nie zdążyło jeszcze niczego zrobić, jest tak grzeszne i mogłoby zostać pozbawione zbawienia.

Tak ją nauczono. Takich prawd nie stawiała nigdy pod znakiem zapytania.

Dorastała w katolickiej wierze. Była ona wyznacznikiem świata, w którym dziewczyna musiała ukrywać ciążę, rozwodnik nie mógł zostać ojcem chrzestnym, a dziecko urodzone poza kościelnym małżeństwem wymagało szczególnej wyrozumiałości księdza.

Matka podporządkowywała się tym zasadom, nawet jeśli nie zawsze były dla niej łaskawe.

Nie wiem, czy kiedykolwiek dostrzegła między nimi sprzeczność.

Chciała mnie ocalić przed śmiercią, której się bała, i przed losem, jaki według jej wiary czekał nieochrzczone dzieci. Choć tego mogła dopilnować, żebym została ochrzczona i zrobiła to.

Był to pierwszy sakrament w moim życiu.

Pierwsza decyzja podjęta w moim imieniu, której znaczenie miałam zrozumieć dopiero wiele lat później.

Skomentuj